Na prawdziwe podsumowanie efektów tego programu trzeba jednak będzie czekać wiele lat. Szczególnie ważne będzie doświadczenie pierwszego większego kryzysu finansowego, kiedy politycy, stojąc przed trudnościami budżetu, będą musieli zdecydować o dużym cięciu wydatków. Jeśli redukcja dotknie 500+, to znaczyć będzie, że program nie zakotwiczył się w świadomości społeczeństwa.
Na pewno możemy powiedzieć, że program 500+ jest pięknym eksperymentem z bardzo dobrze przygotowanym wsparciem marketingowym. Państwo przekazuje rodzinom gigantyczną kwotę ponad 20 mld zł (1,2 proc. PKB) jako rekompensatę za ich wysiłek przy wychowaniu dzieci. To bardzo ważne, że nie chodzi tu o pomoc społeczną trafiającą do najuboższych. Państwo płaci każdej polskiej rodzinie bez względu na jej dochody, zakładając, że u wszystkich ten wysiłek na rzecz społeczeństwa jest taki sam.
Oczywiście magiczna kwota 500 zł na dziecko to chwyt marketingowy. Pięknie brzmi, ale zbyt dużo kosztuje budżet. Pamiętając o innych obietnicach wyborczych, które PiS zamierza spełnić, można przypuszczać, że koszty programu mogą okazać się dla niego największym zagrożeniem. Na szczęście nie zaplanowano żadnych elementów waloryzacji świadczeń. To znaczy, że jeżeli nie dojdzie do jakiegoś kryzysu, to jego ciężar dla finansów państwa będzie stopniowo względnie maleć. To szansa na skorygowanie programu tak, by zwiększyć jego skuteczność. Może się okazać, że w przyszłości świadczenie będzie waloryzowane dopiero od trzeciego lub czwartego dziecka lub tylko w regionach, gdzie sytuacja demograficzna jest najtrudniejsza (wschód kraju).
Na razie rząd powinien wystrzegać się realizacji innych kosztownych obietnic wyborczych zabierających pieniądze na 500+. A społeczeństwo pilnować, by przez jakiś nieprzemyślany boom narodzin nie zdemolować budżetu.