Według Apokalipsy, spisującemu objawienie św. Janowi ukazał się przerażający obraz czterech jeźdźców. Pierwszy, na białym koniu, miał imperialną koronę i ruszał na podbój świata, grożąc mu swoim łukiem. Drugi, na koniu barwy ognia, potrząsając mieczem wiódł ludzi do wojen. Trzeci, na koniu czarnym, trzymał wagę i symbolizował kryzys gospodarczy i drożyznę. Wreszcie czwarty, na koniu trupio bladym, niósł zarazę.

Może nie grozi nam koniec świata, ale skojarzenia są trudne do uniknięcia. Rosyjscy i amerykańscy negocjatorzy toczą trudne rozmowy, bo imperialna, uzbrojona w rakiety Moskwa zażądała ponownego podziału świata (kosztem naszego bezpieczeństwa). O drugim jeźdźcu przypominają gotowe do inwazji wojska nad granicą Ukrainy, krew lejąca się na ulicach kazachskich miast i radość północnokoreańskiego dyktatora z udanego testu hipersonicznego pocisku, za pomocą którego może zaatakować Seul i Tokio.

O tym, jak poważnym problemem, zwłaszcza w Polsce, jest drożyzna, nie trzeba nikogo przekonywać (trzeci jeździec mówi wprawdzie o wysokich cenach zboża, ale lepiej byłoby zamiast tego mówić dziś o gazie, ropie i energii). Czwarty jeździec, rozsiewający zarazy i choroby, gości już u nas od dwóch lat i najwyraźniej szykuje się na kolejną galopadę.

O tych zagrożeniach wszyscy wiemy i stale o nich mówimy. Mniej widać to, że pojawia się właśnie nasz własny, piąty jeździec, na dłuższą metę równie groźny dla rozwoju Polski. Jeździec edukacyjny, potrząsający – użyję znanego cytatu – „krużgankiem oświaty".

O tym, że polska edukacja nie przeszła procesu reform niezbędnych, by dostosować ją do wymogów współczesnego świata, pisałem na długo przed pandemią. W świecie, w którym dwie trzecie obecnych uczniów będzie pracować w zawodach, które jeszcze nie istnieją, powinna dawać do ręki narzędzia do dalszego uczenia się, a nie zamknięty zestaw wiedzy, która za kilka lat może być nieaktualna. W świecie nieograniczonego dostępu do informacji, powinna przede wszystkim uczyć jak ją weryfikować i poddawać krytycznej analizie. W świecie nowych wyzwań społecznych i gospodarczych powinna kształtować pożądane postawy i umiejętność współpracy, a nie uczyć zdawania testów.

Teraz dochodzi do tego kolejny problem. Polska szkoła poległa w starciu z pandemią. Nauczyciele nie zostali dostatecznie wsparci w przestawieniu się na nauczanie zdalne i hybrydowe, które jest oczywiście możliwe do realizacji, ale wymaga zupełnie innego przygotowania, innych metod dydaktycznych, i innych środków, niż nauczanie lekcyjne. U znacznej części uczniów nastąpiła demotywacja do nauki. W rezultacie tego, jak się okazuje, trwają dziś negocjacje między nauczycielami a ministerstwem na temat tego, jak bardzo obniżyć wymogi egzaminacyjne, by nie było masowo niezdanych matur. Innymi słowy, po to, by wszystkich chwilowo zadowolić i na jakiś czas ukryć dowody klęski.

Wiele wskazuje na to, że pandemia i spowodowane nią zaburzenia w edukacji jeszcze długo potrwają. Szykuje nam się więc prawdziwa edukacyjna katastrofa: drastycznie zaniżony poziom nauczania, które i tak nie było dostosowane do potrzeb. Na dłuższą metę dla polskiego społeczeństwa i polskiej gospodarki może to być prawdziwy Armagedon.