To nie czynnik fiskalny powinien być brany pod uwagę przy podejmowaniu decyzji o prywatyzacji. I to nie powinna być szybka prywatyzacja, dopychana kolanem – byleby tylko się udała. Źle się prowadzi prywatyzację w trakcie kampanii wyborczej, a taka w Polsce już się zaczyna. Minister finansów jest ostatnią osobą w rządzie, która powinna decydować o prywatyzacji. Lotos to jedna z lepszych firm w tym kraju, jest nowoczesna, ma strategię, własne plany. Inwestor w Lotosie
– jeśli się pojawi, to powinien spełniać wymagania Skarbu Państwa i przestrzegać reguł obowiązujących w Unii Europejskiej, a z tym rosyjskie firmy mają problemy. Liczę, że to się zmieni, ale do tej pory sygnały, jakie mamy z doświadczeń prywatyzacyjnych z udziałem firm rosyjskich, nie są dobre, wystarczy spojrzeć na przykład litewskiej firmy Lietuvos Dujos. Pamiętamy, co wydarzyło się w Możejkach – gdy PKN Orlen chciał kupić tę rafinerię, Rosja przerwała dostawy ropy.
Może nie powinniśmy patrzeć na rosyjskich inwestorów tylko przez pryzmat Możejek?
Ale trzeba z tego wydarzenia wyciągnąć wnioski, nie chodzi o jakąś rusofobię. Wszyscy rozumiemy działania firm, które chcą wywalczyć przewagę rynkową nad innymi. Ale w przypadku rafinerii litewskiej to było działanie polityczne, obliczone na osłabienie tej firmy.
Czy bardziej do przyjęcia dla Polski byliby dwaj inwestorzy w Lotosie – firma rosyjska z partnerem zachodnim?
Taki scenariusz też wymaga pewnej ostrożności i dokładnej analizy. Wtedy to zachodni partner musiałby wystąpić w roli gwaranta realizacji umowy prywatyzacyjnej i przekonać do swojej wiarygodności.