Instytucje finansowe płacą teraz podatek CIT i są traktowane w tym płaceniu tak samo jak wszystkie inne przedsiębiorstwa. Wprowadzony przez parlament i prezydenta nowy podatek dotyczy tylko instytucji finansowych (a dokładniej wszystkich banków oraz spółdzielczych kas oszczędnościowo-pożyczkowych z aktywami powyżej 4 mld zł), wszystkich zakładów ubezpieczeń i reasekuracji z aktywami powyżej 2 mld zł oraz firm pożyczkowych z aktywami powyżej 0,2 mld zł.
Opodatkowane będą aktywa tych instytucji, czyli – w przypadku banków – głównie aktualny stan kredytów hipotecznych i innych kredytów udzielonych gospodarstwom domowym, aktualny stan kredytów inwestycyjnych i obrotowych udzielonych przedsiębiorstwom oraz aktualny stan posiadania papierów wartościowych, skarbowych i innych.
Podwojone obciążenie
Stawka opodatkowania ma wynosić 0,0366 proc. miesięcznie, czyli prawie 0,44 proc. w skali roku. Autorzy nowego podatku oceniają, że roczne dochody budżetowe z racji takiego podatku wyniosą w warunkach roku 2016 około 4,4 mld zł, czyli niemal tyle, ile wynosiły dotąd wpływy budżetowe od tych przedsiębiorstw z podatku CIT. Oznacza to zatem podwojenie obciążenia podatkowego sektora finansowego.
Jaki będzie wpływ tego nowego podatku na zyskowność instytucji finansowych, na cenę kredytów bankowych i na zdolność banków do finansowania potrzeb pożyczkowych przedsiębiorstw i gospodarstw domowych? Przedstawiciele strony rządowej mówią zwykle, że konkurencja między samymi bankami i między samymi ubezpieczycielami spowoduje, że nowy podatek zapłacą banki i firmy ubezpieczeniowe ze swoich zysków, a nie klienci tych instytucji.
Ponadto sugerują, że mniejsze zyski przełożą się na mniejsze dywidendy dla bogatych – z reguły zagranicznych – właścicieli, a nie na mniejszą podaż kredytów w Polsce. Jednym słowem, chodzi tu jakoby tylko o transfer środków od małej grupy bogatych właścicieli do milionów zwykłych obywateli, np. beneficjentów programu 500+. Tego typu sugestie, czy może nadzieje, są jednak błędne.