Wakacje się skończyły, ale pamiętamy, jak bardzo było gorąco. Było też przyjemnie, kiedy spędzaliśmy czas na urlopach i w podróży. Ale wtedy zużywaliśmy paliwa, a więc energię. Chłodziliśmy się też klimatyzatorami, także zużywając energię. A za chwilę zima i znowu więcej energii, tym razem do grzania.

Mimo że według danych GUS za 2017 rok w całości zużycia energii w naszych gospodarstwach domowych ta elektryczna stanowi tylko 9 proc. (przy zużyciu węgla 23 proc., ciepła z sieci 14 proc., benzyny i oleju napędowego 23 proc, a gazu 12 proc.), to staje się ona wyznacznikiem standardu naszego życia miejskiego. A choć zapotrzebowanie na energię elektryczną w domach nieznacznie spada w ostatnich pięciu latach, bo mamy lepsze energooszczędne urządzenia, to w całości gospodarki rośnie. Według PSE o 2,4 proc. od stycznia do sierpnia w odniesieniu do poprzedniego roku. Bo energia elektryczna to klimatyzowane biura, przemysł i nowe usługi. A więc to odbiorcy sieci średnich napięć. Czy mniej energii elektrycznej w domach, to lepiej? Nie zawsze, bo gdy w zimie palimy słabym paliwem, to może pojawić się więcej smogu. Ale też, gdy nie mamy samochodów elektrycznych, pojawia się więcej smogu również w miesiącach letnich. Wtedy zelektryfikowany transport publiczny to szansa dla czystego miasta. Elektryczny autobus jest w planach samorządów, mamy też jego krajowych producentów. A jak to wszystko będzie wpływało na urbanizację miejską?

Pierwsza elektrownia powstała w 1882 roku, a w Polsce w 1933 roku, czyli niewiele ponad 80 lat temu. Było specjalne rozporządzenie prezydenta RP o popieraniu elektryfikacji. Osobom fizycznym i prawnym nadawano ulgi i zwalniano z podatków, jeżeli budowali sieci i źródła energii elektrycznej. To wtedy spółka Siła i Światło szukała możliwości zbytu na energię elektryczną produkowaną w ówczesnej elektrowni w Pruszkowie. Stąd też i elektryczna kolejka WKD, i miasto-ogród Podkowa Leśna, które stawało się odbiorcą tej energii. Dzisiaj szukamy też oszczędności energii. Mamy dyrektywę o certyfikacji energetycznej budynków: od 2021 roku wszystkie budynki mają być bliskie zerowemu zużyciu energii łącznie z elektryczną, chyba że ze źródeł odnawialnych. Więc to szansa dla prosumentów. Ale ci najlepiej sprawdzą się w domku jednorodzinnym, bo tam można najłatwiej założyć panele fotowoltaiczne czy mikrowiatraki i z nich czerpać własny prąd dla swojego samochodu elektrycznego czy ogrzewania domu. Trochę trudniej jest w budownictwie wielorodzinnym.

Chcielibyśmy mieć autobus elektryczny, który nas przetransportuje cicho i bez smogu. Ale lokalna energia elektryczna to również możliwość sieci dla prosumentów i ich sąsiadów. Może takich jak w bogatych Stanach Zjednoczonych, izolowanych i napowietrznych, gdzie kable są na słupach – tańszych, ale bezpiecznych.

Mówimy o stacjach ładowania dla samochodów elektrycznych w miastach, ale jak je lokalizować? Bo choć mamy ustawę o elektromobilności i paliwach alternatywnych, to żeby je budować, trzeba mieć dla nich plan miejscowy. A przecież mogłaby to być inwestycja celu publicznego. Tak samo jak dla małej elektrowni wodnej czy wiatraka przydomowego. Dzisiaj, jeżeli chcemy zbudować tamę na strumyku dla swojej elektrowni, to też w oparciu o plan. Mamy też możliwość sporządzania przez gminę założeń i planu zaopatrzenia w energię. Ale gmina nie może w nim wskazać swojej lokalnej sieci dla prosumentów. Takiego klastra energetycznego. Nawet gdyby miała energię elektryczną w kogeneracji z lokalnej ciepłowni. A przecież opłaty przesyłowe to połowa ceny energii. Potrzebne są więc praktyczne zmiany ustaw. Bo oczekujemy miasta inteligentnego, a więc przejrzystego i obywatelskiego.

Potrzebujemy zmian, gdy widzimy miasto jako konsumenta, ale i producenta energii. ©?