Zdarza się wam mieć mokre oczy przy lekturze komiksu? Jeżeli, to ze śmiechu. Tym razem dopadło mnie ściskanie w gardle – a nie jestem ku temu podatna.
Znałam Judith Vanistendael z wcześniejszej, autobiograficznej opowieści „Dziewczyna i Murzyn". Już tamten tom zapowiadał narodziny gwiazdy. I stało się – czterdziestoletnia obecnie Belgijka stworzyła arcydzieło. Wizualnie mistrzowskie, z kadrami przyprawiającymi o zawrót głowy wirtuozerią, lekkością i pomysłowością zastosowanych rozwiązań.
Wyciszony krzyk
Temat na pozór „niekomiksowy": nowotwór krtani tytułowego Dawida. Gdy ponad dwa lata temu ukazała się „Parenteza" Élodie Durand, rzecz o raku mózgu, który przeszła autorka, tamten album nie poruszył mnie zbytnio. Natomiast Vanistandael udało się jej sprawić, że przy tej opowieści o nowotworze krtani tytułowego Dawida czułam ból – fizyczny i emocjonalny. Jak bohater i jego trzy kobiety, partnerka oraz dwie córki (w wersji francuskiej tytuł brzmi „David, kobiety i śmierć"). Ludzie, jakich wiele: nie piękni, nie bogaci, ani sławni. Historia została pokazana z perspektywy każdej postaci z osobna. To uatrakcyjnia fabułę, a także pozwala naszkicować portrety psychologiczne dramatis personae.
Tragedia jest opowiedziana niuansami, bez krzyku. Autorka omija też rafy sentymentalizmu czy patosu, a nade wszystko, unika przynudzania. Przygnębiające sceny zderza z momentami pełnymi ciepła, nawet humoru. Rozpacz wycisza czułością.
Czarną, urywaną kreskę cechuje lekko karykaturalne przegięcie, co także równoważy dramat i sprawia, że chwilami uśmiechamy się (przez łzy). Rysunek dopełniają akwarela i gwasz, raz ostre w barwach, to znów delikatne jak mgła. Wieloobrazkową narrację przerywają całostronicowe plansze; miejsca zagęszczonej akcji kontrastują ze stronami niemal pustymi. Raz opowiadanie nabiera tempa, to znów mamy spowolnienie, zamyślenie. I zmiany ujęć: daleki plan; dojazd; zbliżenie na oko; zoom na ranę...