Mamy do czynienia z niezwykle absurdalną sytuacją, ponieważ od roku powstaje ministerialna ustawa o rynku książki, ale znamy tylko jej cztery założenia. A może pani wie coś więcej?

Otóż nie, ponieważ ustawa o ochronie rynku książki w Polsce jest najbardziej tajnym projektem w naszym kraju. Otacza ją mgła gęstsza niż tajemnice wojskowe. W naszym środowisku twórców mawiamy, że to jest ustawa Yeti. Ministerstwo zapewnia nas, że ona istnieje, ale nikt tak naprawdę jej jeszcze nie widział. Ujawnienia jej zapisów domagamy się od miesięcy, a sprawa wróciła 21 września, gdy ministra kultury Marta Cienkowska ogłosiła, że projekt został wysłany do Rządowego Centrum Legislacji. Spodziewamy się więc, że wkrótce zostanie ujawniony opinii publicznej i wreszcie rozpocznie się upragniona przez wszystkich, jawna debata publiczna. Do tej pory rozmawiamy niestety głównie o założeniach i domysłach.

W ubiegły piątek na biurko premiera Donalda Tuska trafił jednak list. Powstał on z inicjatywy Unii Literackiej, ale podpisało go kilkanaście organizacji, w tym zarówno zwolennicy jak i przeciwnicy ustawy. Także ci, którzy prowadzili dezinformacyjną kampanię „Podatek od czytania”. Apelujemy wspólnie do premiera, bo to jemu podlega Rządowe Centrum Legislacji, o jak najszybszą publikację projektu ustawy o ochronie rynku książki w Polsce. Chcemy otwarcie nad nim dyskutować, poddać go ocenie, ścierać różne, często przeciwstawne perspektywy, ale niezależnie od opinii, chcemy rozmawiać o konkretach, nie o wyobrażeniach.

To ma być jednak tarcza chroniąca książkę jako dobro kultury. Taka regulacja jest niezbędna, a mocno spóźniona, bo środowisko domaga się jej od prawie 30 lat. 

Joanna Gierak-Onoszko, prezeska Uni Literackiej

Co wiemy na pewno?

W listopadzie 2025 r., a więc już blisko rok temu, Ministerstwo Kultury ogłosiło założenia do projektu ustawy o książce. To ma być ustawa matka, porządkująca rynek literacki. Jednak, choć piszemy książki, także fantastyczne, nie spodziewamy się tutaj sił nadprzyrodzonych ani rycerza na białym koniu, który w cudowny sposób uratuje twórców czy małe księgarnie. To ma być jednak tarcza chroniąca książkę jako dobro kultury. Taka regulacja jest niezbędna, a mocno spóźniona, bo środowisko domaga się jej od prawie 30 lat. Wcześniejszą próbę wprowadzenia takiej ustawy podjął wicepremier Piotr Gliński. W ostatniej chwili spadła jednak z agendy. Teraz, w innych warunkach, obserwujemy kolejne już podejście. Niestety obecnie znamy tylko same założenia procedowanej ustawy. Cztery filary, które stworzyło ministerstwo.

Samo z sobą?

Nie. Pokłosiem WspółKongresu Kultury jesienią 2024 r. było m.in. powołanie Zespołu do spraw pola literackiego. Między innymi z Zygmuntem Miłoszewskim, jednym z założycieli Unii Literackiej, poszliśmy do ówczesnej minister kultury Hanny Wróblewskiej poprosić o to, by jej decyzją mógł powstać taki zespół. Dotychczas w ministerstwie nie było ciała doradczego, które zajmowałoby się sprawami pola literackiego.

Czytaj więcej

Jacek Cieślak: Czy noblistka Olga Tokarczuk chce być awokado?

Ale istnieje ministerialna agenda, czyli Instytut Książki.

To prawda, ta instytucja ma fundamentalne znaczenie, ale jej cele są zgoła inne. Brakowało odpowiedniej merytorycznej komórki doradczej wewnątrz samego ministerstwa. Zresztą szef Instytutu, Grzegorz Jankowicz, należy do zespołu i mocno go wspiera. Wówczas ministra wysłuchała naszych głosów, tak powstał ministerialny Zespół do spraw pola literackiego, w którym pracują przedstawiciele pisarzy, tłumaczy, bibliotekarzy, wydawców i księgarzy. Szerokie, reprezentatywne grono, które pełni funkcję doradczą wobec ministerstwa i poprzez które środowisko zgłasza swoje postulaty.

Czy chociaż ten zespół zna projekt?

Choć trudno w to uwierzyć, to on także wciąż nie ma dostępu do treści projektu. Środowisko wypracowało założenia do ustawy, ale jak zostały one inkorporowane, tego wciąż nie wiemy. Zainteresowane strony mogły przedstawić, także w toku tzw. okrągłych stołów, jak wygląda praktyka z punktu widzenia różnych środowisk. Ministerstwo na tej podstawie stworzyło projekt, lecz wciąż nie chce go pokazać.

Czytaj więcej

„Waldkauz”, czyli śląskie „Bękarty wojny” z ojcowskim cierpieniem Ulissesa

Czy z udziałem kancelarii mecenasa Macieja Ślusarka?

Pan mecenas jest cenionym ekspertem prawa własności intelektualnej, byłoby znakomicie, gdyby w toku procesu legislacyjnego instytucje mogły sięgać po doradców z zewnątrz. Żaden resort nie ma takich zasobów, żeby samodzielnie tworzyć projekty wszystkich aktów. Cieszymy się więc, że projekt powstał, ale teraz chcemy go zobaczyć i krytycznie ocenić.

A nie wyciekł?

Nic mi o tym nie wiadomo. Trafił do Rządowego Centrum Legislacji. Znamy cztery kluczowe założenia, przedstawione w listopadzie 2025 r., a od tej pory trwa coraz gorętsza, coraz bardziej wyniszczająca dyskusja na temat projektu obłożonego tak ściśle klauzulą tajności. Ta sytuacja jest dla mnie niepokojąca. Spekulacje i niepewność nie służą ani obrotowi gospodarczemu, ani zaufaniu do organów państwa. Wydawcy, którzy wprawiają literaturę w ruch, nie wiedzą, jak mają planować przyszłość swojej działalności gospodarczej. Autorzy nie wiedzą, w jaki sposób z nimi rozmawiać i jak negocjować umowy, zaś dystrybutorzy – jaką strategię przyjąć na kolejne lata. Wszyscy poruszamy się po omacku. Najwyższy czas, żeby ten projekt został ujawniony.

Przypomnijmy cztery założenia.

Wedle ministerstwa, przez rok po premierze ma być utrzymana stała, jednolita cena książki, choć od tej zasady przewidziano liczne wyjątki. Ten mechanizm jest sprzężony z wynagrodzeniem minimalnym – autor ma otrzymywać nie mniej niż 10 proc. honorarium od ceny okładkowej, zaś tłumacz 3 proc. Po trzecie – ograniczenie rabatów dla dystrybutorów i zafiksowanie ich na poziomie nie wyższym niż 45 proc.. Czwarty element to obowiązkowe raportowanie nakładów i sprzedaży do GUS.

Ponieważ nie wiadomo nic więcej, trudno wiążąco zakładać, czy i kiedy ustawa trafi pod obrady Sejmu, w jakim będzie kształcie. Dlatego też jako szerokie środowisko rynku książki chcemy zacząć wreszcie tekst projektu krytycznie analizować i formułować swoje poprawki do propozycji Ministerstwa. To dopiero początek procedowania tej ustawy.

Czytaj więcej

Dokument o „Musku" nagle zniknął z kin. Miliarder: Nudny paszkwil

Jak Unia Literacka podchodzi do propozycji stałej ceny książek przez rok od premiery, skoro na Węgrzech ostatnio przyniosła ona spadek sprzedaży książek o 10 proc.. Sprawdziła się we Francji, ale w latach 80. , gdy nie było Internetu. Stała cena może więc przynieść spadek sprzedaży, ponieważ wielcy dystrybutorzy będą stawiać na tańsze pozycje, traktując książkę jak jeden z wielu towarów w obrocie.

Jesteśmy ostrożni. Jednakowa cena książki nie jest wszak remedium na wszystkie bolączki tego rynku. Natomiast jest to mechanizm testowany z powodzeniem w kilkunastu krajach, wprowadzany w różnych okresach historycznych i w różnych uwarunkowaniach. Co do zasady ma schłodzić rynek i pokazać, że cena nie jest jedynym walorem, który może napędzać konkurencję.

Rzeczywiście, przykłady Węgier czy Izraela, gdzie reforma była przeprowadzana w sposób chaotyczny i źle komunikowana, dowodzą, że nieprzemyślane rozwiązania po prostu nie działają. Jednolita cena musi być jednym z elementów całego systemu. Mamy bardzo dobre przykłady płynące z Włoch. Ubiegłoroczne badania pokazują, że przy jednolitej cenie – ceny wzrosły nieznacznie, także z powodu wyższych kosztów energii i papieru. Poza tym ta sama grupa czytelników kupuje więcej książek i szerszą gamę tytułów. Utrzymały się przy życiu księgarnie małe, niezależne, które są ważnymi i cenionymi ośrodkami kultury. Dzisiaj księgarnie w Polsce, te, które jeszcze się ostały, funkcjonują jak showroomy. Ktoś przychodzi, przegląda książkę i zamawia gdzie indziej, w niższej cenie oferowanej w Internecie. Mała księgarnia, która nie jest w stanie uzyskać dużych rabatów od wydawcy, nie może konkurować z dużymi sieciami.

Autorzy książek zasługują więc na minimum 10 proc. kwoty okładkowej i cieszymy się, że Ministerstwo Kultury przychyliło się do tego argumentu. Za naszym przykładem poszli też tłumacze, którzy mają otrzymać gwarancję 3 proc. od ceny widocznej na okładce.

Joanna Gierak-Onoszko, prezeska Uni Literackiej

Wspomnijmy też o założeniu ustawy ograniczającym rabaty, które dzisiaj sięgają 65-70 proc.

Dziś często z takim dużym upustem wydawca musi zaproponować dystrybutorowi książkę, jeżeli chce ją wprowadzić do obrotu. Nowa ustawa, jeśli ma wejść w życie przy obecnie znanych założeniach, ma ograniczać ten rabat do 45 proc. To i tak jest ogromny upust. Duży dystrybutor nadal może zagwarantować sobie cenę prawie o połowę niższą niż ta wybita na okładce. Co ważne, książki są często brane w komis. To oznacza, że dystrybutor rozlicza się z wydawcą dopiero, kiedy sprzeda nakład. A jeżeli nie sprzeda – to korzysta z prawa zwrotu. Dopiero na końcu tego łańcucha dochodzi do rozliczeń z autorem. Honoraria otrzymujemy najczęściej pół roku lub rok po dniu premiery.

Proponowane rozwiązania mają zakończyć wojny rabatowe, które są jedną z największych patologii rynku w Polsce. Natomiast przewidujemy, że od tych ograniczeń rabatów mają być wyjątki. Na przykład biblioteki nie będą nimi związane, tak jak i targi książki czy spotkania autorskie z czytelnikami. Jednak w pierwszym okresie modulacja ceny będzie co do zasady niewielka, w granicach 5 proc. ceny okładkowej. To ważne, ponieważ książka to dzisiaj w Polsce jedyne dobro kultury, które jest przecenione już w dniu premiery.

Przecież jeżeli chcemy kupić bilet do teatru, kina i muzeum, płacimy pełną cenę. Mniej za obejrzenie filmu zapłacimy dopiero wtedy, gdy trafi do streamingu i będzie dostępny w ramach abonamentu. Książka nie ma takiej ochrony, jaką film otrzymał choćby wraz z wejściem w życie ustawy o kinematografii i powołaniem PISF-u. My też prosimy od dawna o Fundusz Promocji Literatury – nie autorów, tylko literatury właśnie.

Gwarantowane 10 proc. dla autorów to powód do dumy?

To jest wielki sukces Unii Literackiej i pisarzy, którzy zerwali z mitem, że twórca to ktoś, kto siedzi na strychu i czeka na wenę. Hobbysta, który przychodzi do wydawcy, prosząc uprzejmie o to, żeby umówił się na premierę jego dzieła. Twórcy stali się równoprawnym uczestnikiem rynku książki. Wiele mówi się o ryzyku biznesowym wydawcy, ale twórca ryzykuje znacznie więcej, bo za każdym razem na szali kładzie swoje nazwisko i reputację. Dlatego pisarze domagają się symetrycznie adekwatnego udziału także w korzyściach płynących z tworzenia literatury. Proszę zauważyć, że 10 proc. ceny okładkowej to jest tak naprawdę bardzo niewiele. To kwestia nie tyle finansowa, co godnościowa.

Nowe książki Twardocha i Żulczyka kosztują odpowiednio 64 i 70 zł w twardej okładce. Gdyby weszła ustawa, mieliby gwarantowane 6-7 zł, choć i tak pewnie mają więcej.

Autorzy z silną pozycją na rynku mogą negocjować wyższy procent od ceny okładkowej albo od ceny sprzedaży. Ich interesy ekonomiczne są lepiej chronione. Natomiast debiutanci, którzy dopiero wchodzą na rynek, dostają propozycje kilkuprocentowe. To właśnie takich twórców przede wszystkim ma chronić ta ustawa. W ich przypadku rzeczywiście honorarium byłoby zabezpieczone na poziomie 6 zł brutto. Kiedy jako autorzy pytamy czytelników, czy wiedzą, ile zarabia pisarz na swojej książce, zakładają oni, że jest to połowa ceny okładkowej. Tymczasem z badania profesor Doroty Ilczuk „Policzone, policzeni! 2024” wynika, że średnia cena książki w Polsce to 54 zł, cena sprzedaży – 42 zł, z czego do autora trafia nieco ponad 2,8 zł.

Pomysł wprowadzenia progu honorarium 10-procentowego to jest zagwarantowanie absolutnego minimum. Dlatego latem Unia Literacka uruchomiła kampanię informacyjną, która pokazała, co twórcy uznani, z nazwiskami, z dorobkiem, jak m.in. Grzegorz Piątek, Grzegorz Kasdepke, Sylwia Chutnik, Barbara Sadurska czy Agata Romaniuk i wielu innych, mogliby kupić – leki, kawę, jajka – gdyby zarabiali 10 proc. od ceny okładkowej.

Dla mnie najbardziej uderzający jest przykład Joanny Olech, autorki książek dla dzieci. Musi ona sprzedać 10 własnych książek, żeby kupić jedną swoją. Jestem wdzięczna wszystkim odważnym autorkom i autorom, którzy wzięli udział w tej kampanii, którą nota bene przygotowała Joanna Kuciel-Frydryszak.

Czytaj więcej

Adam Pantak odpowiada Fundacji Olgi Tokarczuk: Dwór Noblistki potwierdza moją diagnozę

Autorka „Chłopek. Opowieści o naszych babkach”.

Ale też znakomita rzeczniczka spraw pisarek i pisarzy. To, że właśnie Joanna zorganizowała tę kampanię, nie jest przypadkiem. Opinia publiczna pamięta z pewnością głośną sprawę, w której domagała się ona wyrównania honorariów, powołując się na przysługującą jej tzw. klauzulę bestsellerową. Ten przepis działa w przypadku nadzwyczajnego sukcesu sprzedażowego. Sprawa stała się głośna. Nasza członkini doszła do porozumienia z wydawnictwem Marginesy, my zaś dzięki niej obaliliśmy największe tabu na rynku literatury, czyli kwestię pieniędzy. Autorzy wreszcie nie boją się mówić o tym, że pisanie książek to nie jest tylko wena i duch, lecz ciężka praca. A praca powinna mieć swoje zabezpieczenia, ramy ekonomiczne i prawne. Tego właśnie domagamy się od państwa.

Autorzy książek zasługują więc na minimum 10 proc. kwoty okładkowej i cieszymy się, że Ministerstwo Kultury przychyliło się do tego argumentu. Za naszym przykładem poszli też tłumacze, którzy mają otrzymać gwarancję 3 proc. od ceny widocznej na okładce. Zgadzamy się, że tłumacz to też autor. Szekspir nie pisał po polsku, prawda? Ponadto, łączy nas często ponad podziałami biznesowymi i ideologicznymi, kwestia raportowania, bo największą tajemnicą w Polsce nie są wydatki na zbrojenia, nie jest lokalizacja infrastruktury krytycznej, ale nakład i sprzedaż książek.

w sprawie przejrzystości obrotu książkami byliśmy u ministra finansów i gospodarki Andrzeja Domańskiego. Przecież informacje na temat sprzedaży książek w Polsce są już przetwarzane, otrzymuje je właśnie m.in. Ministerstwo Finansów. Za każdym razem, kiedy ktoś kupuje książkę, ta transakcja jest rejestrowana przez kasę fiskalną.

Joanna Gierak-Onoszko, prezeska Unii Literackiej

ArtRage podaje nakład.

Ale to jest chlubny wyjątek. Za to Krzysztofowi Cieślikowi i Michałowi Michalskiemu należą się brawa. Najczęściej jednak wydawcy nie pokazują, w jakim nakładzie wydają i są jeszcze mniej skorzy pokazać, ile de facto sprzedali. Tymczasem potrzebujemy wiedzieć – my jako autorzy, a przede wszystkim my wszyscy jako czytelnicy – czy książka, którą wybieramy, bo ma na okładce naklejkę „bestseller” rzeczywiście tym bestsellerem jest. A może to tylko zabieg marketingowy?

A i wydawcy mają prawo mieć dostęp do jawnej informacji od dystrybutorów na temat tego, czy książka rzeczywiście się sprzedała w deklarowanej wysokości. Tak samo księgarze i autorzy, którzy rozliczają się na podstawie sprzedaży, nie ryczałtu. Większość autorów podpisuje przecież umowy, w których honorarium jest kalkulowane od liczby sprzedanych egzemplarzy. My jako pisarze właściwie dziś nie mamy możliwości zweryfikowania sprzedaży bez przejrzystego raportowania. Teraz zdarza się, że dostajemy SMS-a lub w lepszych warunkach maila – z informacją „Sprzedaliśmy tyle i tyle egzemplarzy twojej książki. Wystaw nam taki a taki rachunek”. Nie mamy żadnego instrumentu, poza kosztownym audytem księgowym, dzięki któremu możemy to zweryfikować. Transparentne rozliczenia są standardem w biznesie – dlaczego ta praktyka ma nie obejmować rynku książki?

Tymczasem na przykład Witold Szabłowski, który za oceanem wydaje w Penguin Random House, ma do dyspozycji aplikację, w której w czasie rzeczywistym widzi, gdzie jego książka sprzedała się, w jakim stanie, w jakiej księgarni i może na tej podstawie szacować swoje dochody. To jest już możliwe, mam nadzieję, że także w mocno scyfryzowanej dwudziestej gospodarce świata będzie to wkrótce osiągalne.

Zresztą w sprawie przejrzystości obrotu książkami byliśmy u ministra finansów i gospodarki Andrzeja Domańskiego. Przecież informacje na temat sprzedaży książek w Polsce są już przetwarzane, otrzymuje je właśnie m.in. Ministerstwo Finansów. Za każdym razem, kiedy ktoś kupuje książkę, ta transakcja jest rejestrowana przez kasę fiskalną. Państwo pobiera od tego podatek, więc doskonale monitoruje poziom sprzedaży i to w czasie rzeczywistym. Te dane już są, trzeba je tylko przepakować.

Wiele mówi się o ryzyku biznesowym wydawcy, ale twórca ryzykuje znacznie więcej, bo za każdym razem na szali kładzie swoje nazwisko i reputację. Dlatego pisarze domagają się symetrycznie adekwatnego udziału także w korzyściach płynących z tworzenia literatury. Proszę zauważyć, że 10 proc. ceny okładkowej to jest tak naprawdę bardzo niewiele. To kwestia nie tyle finansowa, co godnościowa.

Joanna Gierak-Onoszko, prezeska Unii Literackiej

A czy minister Domański nie zmniejszył dopłaty do zakupów bibliotecznych o 20 mln zł?

To już kwestia negocjacji między ministrą Cienkowską a ministrem Domańskim.

Ale czy zakupy biblioteczne to jest jakiś sposób na ożywienie rynku czy ukryte dotacje dla środowiska pod szlachetnym szyldem wzmacniania czytelnictwa?

To naprawdę potrzebny impuls dla bibliotek w mniejszych miastach i ośrodkach, by zapewnić powszechny dostęp do kultury. Proszę zauważyć, że właśnie to biblioteki są darmowym streamingiem literatury. Dzięki nim praktycznie natychmiast możemy korzystać z nowości wydawniczych. Lokalne biblioteki chwalą się i przyciągają czytelników, bo np. już kilka dni po premierze udostępniają nową książkę Olgi Tokarczuk. To jest społecznie potrzebne i cenne. Jest zresztą taka niepisana umowa społeczna, że pisarze nie mogą blokować zakupów książek przez biblioteki, by były dostępne nieodpłatnie. Rezygnujemy ze swoich przyszłych dochodów, po to, by książka trafiła do osób, które nie mogą sobie na nią pozwolić.

Czytaj więcej

Żulczyk w „Panu Darku” znęca się nad czytelnikami jak Dario

Są za to pewne rekompensaty.

Rzeczywiście na świecie jest przyjęty taki system rekompensat za wypożyczenia biblioteczne (PLR, public lending rights), że w sytuacji, kiedy wydawca i autor nie zarabiają na sprzedaży – państwo uruchamia specjalny fundusz. W Polsce jest finansowany bynajmniej nie przez biblioteki, lecz z gier hazardowych. Do tej pory wynosił on 5 milionów zł do podziału na całą branżę, między autorów i wydawców. W praktyce mediana dla pisarza to zaledwie 600 zł rocznie. Teraz cała pula wzrosła do 10 milionów zł. Mocno o to zabiegaliśmy, a udało się to dzięki staraniom Departamentu Prawa Autorskiego i Filmu.

Co pani na to, że rynek książki jest podzielony i prace nad ustawą będą przypominać polskie piekło?

Niestety, ta debata opiera się na emocjach, nie na faktach. Chcemy zacząć pracować na konkretach, stąd też apel do szefa rządu. Zacznijmy merytoryczną dyskusję, branża jest na to od dawna gotowa. Napawa mnie optymizmem, że mimo wielu nieporozumień, przekłamań oraz półprawd, które tej debacie towarzyszą, zbudowaliśmy jednak ponadśrodowiskową koalicję domagającą się ujawnienia projektu – niezależnie od tego, czy popieramy, czy krytykujemy jego założenia. Już najwyższy czas na konsultacje społeczne, demokracja powinna przyspieszyć.