Słowo o niepublikowanym i niedokończonym wywiadzie Wiesława Myśliwskiego

Wszyscy zdawali sobie sprawę z tego, że Wiesław Myśliwski od lat nie udziela wywiadów i unika publicznego pokazywania się nawet na premierach swoich sztuk. Tym bardziej ucieszyłem się, gdy zadzwonił do mnie dwa lata temu z podziękowaniami za „Wieczór literacki w Radiu Dla Ciebie”, który poświęciłem jego twórczości. Dziękując za miłe słowa, przyznałem, że największą nagrodą byłaby dla mnie rozmowa z nim do „Rzeczpospolitej”. Pan Wiesław odparł, że wywiadów nie udziela, ale zawsze mogę do niego zadzwonić, bo chętnie ze mną porozmawia.

Za pośrednictwem jego przyjaciela, poety i redaktora książek Wojciecha Bonowicza udało nam się wypracować pewien kompromis. Ustaliliśmy, że co pewien czas będę wysyłał panu Wiesławowi pytanie z prośbą o odpowiedź, a potem, gdy uzbiera się odpowiednia liczba odpowiedzi, stworzę z nich wywiad. Jako krytyk teatralny skupiłem się na teatrze, również w związku z wydanym przez Znak tomem dramatów zebranych pisarza.

Przekazałem następne pytania, bo krótkie rozmowy telefoniczne dawały mi nadzieję na spotkanie i tradycyjny wywiad. Ostatni raz próbowałem dzwonić do Wiesława Myśliwskiego 25 marca w jego 94. urodziny. Telefon jednak nie odpowiadał. Cztery dni później przyszła wiadomość o śmierci pisarza.

23-letni Wiesław Myśliwski nie spodziewał się, że będzie pisał dla teatru

Czy pisanie recenzji było dla pana preludium do wejścia w świat teatru? Czy 23-letni wówczas student polonistyki Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego brał pod uwagę możliwość napisania w przyszłości czegoś dla sceny?

W czasie studiów nie miałem zamiaru pisać ani dramatów, ani w ogóle niczego. Incydentalnie napisałem jedną recenzję dla „Tygodnika Powszechnego” z powieści pewnego belgijskiego pisarza. I to było wszystko.

Jednak po latach pana utworami zainteresowali się ważni twórcy polskiego teatru. Dobrze pamiętamy, że powieść „Widnokrąg” przyniosła panu w 1997 r. Nike w pierwszej edycji tej nagrody. Jak zareagował pan na wieść o tym, że Bogdan Tosza chce ją wystawić w Teatrze im. Osterwy w Lublinie? Jak oceniał pan ten spektakl?

Bogdan Tosza kilka lat wcześniej wyreżyserował „Requiem dla gospodyni”, miał więc pewne doświadczenie w inscenizacjach moich utworów. Tym razem chodziło o adaptację. I w jednym, i drugim przypadku dałem mu wolną rękę. Jak już wspominałem, zawsze tak robię, bo jakże mógłbym inaczej? Bogdan Tosza przygotował scenariusz, dał mi go do przeczytania, miałem chyba tylko jedną drobną uwagę, ale nawet nie pamiętam jaką. A sam spektakl cieszył się niezwykłym powodzeniem. Była tam między innymi scena, kiedy między widzów wchodzili ranni żołnierze – pokiereszowani, z obandażowanymi dłońmi – i szli przez środek sali w stronę wyjścia. W ten sposób reżyser nawiązał do fragmentu powieści, w którym Piotr, przechodząc obok szpitala, wyobraża sobie, że w oknach pojawiają się nagle ranni żołnierze i oficerowie i zaczynają śpiewać tango. Ta scena bardzo nas z żoną poruszyła, zresztą na wszystkich robiła wielkie wrażenie.

Czytaj więcej

Wiesław Myśliwski. Nie żyje gigant literatury

„Klucznik” trafia na scenę i ekran

Czy zgadza się pan z opinią, że „Klucznik” nie został doceniony w teatrze, choć ma w sobie wielki potencjał? Dwie inscenizacje właściwie przeszły bez echa. Może wpłynęła na to siła ekranizacji Wojciecha Marczewskiego z Tadeuszem Łomnickim i Wirgiliuszem Gryniem? Pan też dokonywał przeróbek dramatu, zanim powstała ostateczna wersja.

Problem polegał na tym, że kiedy August Kowalczyk, ówczesny dyrektor Teatru Polskiego w Warszawie, poprosił mnie, żebym mu pokazał, nad czym pracuję, ja właściwie jeszcze „Klucznika” nie skończyłem. Niemniej dałem mu ten tekst, on go przeczytał i mówi: „Wystawiamy”. Dla mnie to był tekst jeszcze nie gotowy, w stanie szkicowym, nad którym trzeba było jeszcze popracować. Ale skoro chcieli go wystawić, nie oponowałem. Drugi spektakl, który zrealizował w Teatrze Polskim w Poznaniu Zdzisław Wardejn, również był oparty na tej samej wersji. A potem pojawił się film, który miał rzeczywiście spore powodzenie.

Ciekawe, że wersja „Klucznika” publikowana w miesięczniku „Dialog” to też nie jest wersja ostateczna…

Kiedy oddawałem ten tekst do druku w „Dialogu”, redaktor naczelny Konstanty Puzyna powiedział mi, żebym jeszcze nad nim popracował. Ale ja uznałem, że skoro dramat był już wystawiany, nie będę w nim niczego zmieniał. Dopiero po latach wróciłem do niego i kilka rzeczy zmieniłem.

Nie znoszę tak modnego wciąż ekshibicjonizmu. Ta masowa i tandetna produkcja ludzkich zwierzeń tak naprawdę obraża człowieka. Dla mnie, jak wspominałem, literatura to tajemnica, bo tajemnicą w swej istocie jest człowiek.

Wiesław Myśliwski

Mówił pan, że w „Kluczniku” dokonał pan pewnych poprawek, a jak było z innymi utworami np. z „Traktatem o łuskaniu fasoli”?

Kiedy dostałem od wydawcy odbitkę „Traktatu…”, wprowadziłem tam wiele poprawek. Gdybym przeczytał go raz jeszcze, pewnie pojawiłyby się kolejne. Ale tak naprawdę żałowałem, że nie napisałem zdania będącego odpowiedzią bohatera, dlaczego opuścił on Polskę. To mnie męczy do dziś. Bo mógłby wypowiedzieć zdanie: „Nie chciałem już dłużej grać w zakładowej orkiestrze”. Polski czytelnik raczej by zrozumiał, o co mu chodzi.

Wiesław Myśliwski pisze specjalnie dla Kazimierza Dejmka

Jak zaczęła się współpraca z Kazimierzem Dejmkiem?

Po przeczytaniu mojej powieści „Kamień na kamieniu” zaprosił mnie do swego gabinetu w Teatrze Polskim w Warszawie i zapytał, czy nie napisałbym czegoś dla niego. Powiedziałem mu wtedy, że mam już nawet pomysł: stoi wielkie, stare drzewo, siedzi na nim chłop, a pod drzewem dzieje się Polska. „A czym byłaby ta Polska” – zapytał Dejmek. „Jeszcze nie wiem” – odpowiedziałem. „A kiedy pan będzie wiedział?” – zapytał zaciekawiony Dejmek. „Jak napiszę” – odparłem. „No to niech pan pisze” – powiedział z uśmiechem, zaciągając się dymem z papierosa.

Jak się panu współpracowało z Dejmkiem? Po „Drzewie” w Polskim wystawił jeszcze w Teatrze Narodowym „Requiem dla gospodyni”. Miał bardzo precyzyjną wizję tych utworów, czy był otwarty na ewentualne pana sugestie?

Kazimierzowi Dejmkowi dałem wolną rękę, jak wszystkim innym reżyserom. On był tym nawet zdumiony. Rozmowę o „Drzewie” zaczął zresztą od tego, że to jest sztuka nie do wystawienia w całości i konieczne będą skróty. Powiedziałem mu, że się zgadzam. Byliśmy jeszcze wtedy na „pan”, więc odparł: „Nie będzie pan tego żałował? Wszyscy dramatopisarze walczą o każde słowo!”. A ja mu na to, że mam do tego inny stosunek i skoro powierzam komuś moją sztukę, to daję mu carte blanche. I zrobił spektakl mniej więcej z jednej trzeciej tego, co napisałem.

Czytaj więcej

Ostatnie rozdanie - nowa książka Wiesława Myśliwskiego

Wiesław Myśliwski: literatura to tajemnica

Jerzy Krasowski opowiadał mi o tym, jakie toczył boje z Marią Dąbrowską, kiedy chciał wystawić jej utwór „Geniusz sierocy”.

A ja mam zasadę, że nie ingeruję w to, co ktoś chce zrobić z moim tekstem. Dla mnie jest ciekawe, jak on go zrozumiał, jak go interpretuje. Analogicznie jest z czytelnikami. Przecież nie narzucisz czytelnikowi swojej wizji. Każdy czytelnik czyta inaczej.

Dla mnie jedynym czasem, który istnieje, jest czas przeszły. Czas teraźniejszy to jest miganie czy migotanie sekund, nieuchwytne w zasadzie, a czas przyszły to jest kwestia wyobraźni

Wiesław Myśliwsk

Identyfikuje się pan z bohaterami swych utworów?

Jeśli nawet korzystam z elementów własnej biografii, to tak je potem przetwarzam, by były niepodobne do tego, co się w mym życiu zdarzyło. Nie znoszę tak modnego wciąż ekshibicjonizmu. Ta masowa i tandetna produkcja ludzkich zwierzeń tak naprawdę obraża człowieka. Dla mnie, jak wspominałem, literatura to tajemnica, bo tajemnicą w swej istocie jest człowiek.

„Mógłbym powiedzieć, że najbardziej kocham to, co umarło. I na żywych, których kocham, też patrzę z tej perspektywy”. Mógłby pan rozwinąć tę swoją myśl?

No dobrze, ale co tu jeszcze można rozwinąć? Literatura jest przecież oparta na czasie przeszłym. A w każdym razie dla mnie jedynym czasem, który istnieje, jest czas przeszły. Czas teraźniejszy to jest miganie czy migotanie sekund, nieuchwytne w zasadzie, a czas przyszły to jest kwestia wyobraźni. Jedyna namacalna, konkretna – powiedziałbym nawet: dotkliwa – rzeczywistość to jest czas przeszły. Dlatego czas przeszły jest też czasem opowieści. W nim mieszczą się wszystkie czasy. I w tym sensie my na wszystko patrzymy z perspektywy przeszłości.