„Szóste wymieranie“ trzyma w napięciu. To historia non-fiction o znikających złotych żabach, chorujących nietoperzach-kokainistach, systematycznie wybijanych pingwinach, wziętych z zaskoczenia mastodontach, walczących o przetrwanie koralowcach, a także o triumfujących, wszędobylskich grzybach i bakteriach, które w dobie globalizacji podróżują po świecie samolotami. Słowem - przejmujący raport o stanie świata naturalnego. Jest tu zachwyt nad wyrafinowanymi formami życia, a jednocześnie lament nad końcem różnorodności. I coś jeszcze - rodzaj wyznania winy w imieniu wielkiego zabójcy, jakim jest homo sapiens.

Elizabeth Kolbert, nagrodzona na „Szóste wymieranie“ naukowym Pulitzerem, nie poprawia czytelnikowi samopoczucia. Dokłada powodów, dla których trudniej spojrzeć z dumą w lustro. Z jej książki wynika, że odkąd na Ziemi pojawił się nasz gatunek, inni mieszkańcy planety znaleźli się w śmiertelnym zagrożeniu. I że całą dotychczasową aktywność człowieka można podsumować jako systematyczne wybijanie współwystępujących gatunków, łącznie z neandertalczykami (których geny ma zresztą każdy z nas). Kolbert, popierając swe stwierdzenia rozmowami i wynikami badań licznych naukowców, przypisuje nam rolę sprawczą w tytułowym procesie „Szóstego wymierania“, czyli kolejnej wśród rozgrywających się dość regularnie zagład.

Chodzi tu o masowe i jednoczesne wymieranie ogromnej liczby gatunków. Dotąd ich przyczynami były – jak przypuszczają badacze – uderzenia asteroidy, potężne zlodowacenia lub następujące po nich ocieplenia. Tym razem sprawcami jesteśmy my. Katastrofa ta trwa wcale nie od początku epoki przemysłowej, wydobycia surowców czy rosnącej temperatury atmosfery, lecz od początku naszego bytowania na planecie. Dowodów i przekonujących poszlak jest sporo, wspominał już o nich Noah Yuval Harari w międzynarodowym bestsellerze „Od zwierząt do bogów. Krótka historia ludzkości“ (PWN, 2014), ale Kolbert rozwija i dokumentuje teorię szóstego wymierania w niezwykły, bo reporterski sposób.

Płynie z tego największa zaleta książki, bo otrzymujemy nie tyle skondensowane interpretacje badań, co zdumiewającą i emocjonującą rzeczywistość, zmieniającą się na naszych oczach. Forma, jaką wybrała Kolbert (nie jest naukowcem, a dziennikarką „New York Timesa“ i „New Yorkera“) doskonale pasuje do tematu. Bo wielkie wymieranie to coś, co po raz pierwszy w dziejach toczy się tak błyskawicznie, że możemy skutki obserwować na żywo.

Takiej możliwości nie mieli nasi przodkowie, na przykład gdy polowaniem na wielkie zwierzęta zaraz po przybyciu do Australii doprowadzili do wyginięcia megafauny (zajęło to zaledwie 50 tys. lat, w dziejach świata – okamgnienie, ale dla żyjącego kilkadziesiąt lat homo sapiens był to pogrom niedostrzegalny). Ewolucyjne atuty naszego gatunku (np. zdolność do szybkiego przemieszczania się, pokonywania przeszkód i adaptacja do zmian) przyniosły zniszczenie współmieszkańcom Ziemi.

Skutki możemy podziwiać choćby w zoo, gdzie specjaliści walczą o zachowanie ostatnich przedstawicieli gatunków takich jak nosorożec sumatrzański próbując sztucznego zapłodnienia. Albo podczas wakacji, uprawiając snorkeling wśród osłabionej rafy koralowej, wymierającej na skutek zakwaszania oceanów.

Kolbert zbudowała książkę z podróży i spotkań, każdy z rozdziałów poświęca jednemu gatunkowi i jednemu aspektowi naszej zabójczej działalności. Jedzie do Amazonii, schodzi do jaskiń, płynie na malutkie wyspy – tropi dowody, towarzyszy badaczom w rozpaczliwych próbach powstrzymania ostatecznego.

A na koniec mówi nam, że jako pierwsi w historii homo sapiens mamy szansę nie tylko zobaczyć rozmiar powodowanych szkód, ale też je zatrzymać, a nawet odwrócić. Zanim sami trafimy do banku DNA gatunków zagrożonych wyginięciem.