Reklama

Jazz: biznes czy filantropia?

- Na jazzie się nie zarabia. Prowadzimy prywatne domy kultury - mówią szefowie polskich klubów. Muzycy ripostują: Nasze występy pomagają budować prestiż tych miejsc.

Aktualizacja: 27.05.2008 09:19 Publikacja: 26.05.2008 19:22

James Carter był pierwszą wielką gwiazdą, która wystąpiła w Jazzarium Akwarium

James Carter był pierwszą wielką gwiazdą, która wystąpiła w Jazzarium Akwarium

Foto: Fotorzepa, Marek Dusza m.d. Marek Dusza

Po siedmiu miesiącach reaktywowany w centrum Warszawy klub jazzowy Akwarium wstrzymał działalność. Lokal miał ambitny program, ale powstał na najdroższej powierzchni handlowej w kraju. Zabrakło chętnych na koncerty kilka razy w tygodniu. Bilety kosztowały od kilkudziesięciu do prawie 200 złotych. To kilkakrotnie więcej niż w Krakowie, Olsztynie, Trójmieście czy Poznaniu, gdzie ceny zaczynają się już od 10 zł. – Wbrew powszechnemu przekonaniu słuchacze jazzu nie są bogaci – mówi Grzegorz Młynarski, właściciel Bohema Jazz Club w Olsztynie. – Biznesmeni rzadko kochają jazz, częściej się na niego snobują. A prawdziwi fani zarabiają przeciętnie.

Tymczasem właściciele klubów jazzowych zarabiają na wszystkim, tylko nie na muzyce. Bohema jest także restauracją. – Muszę działać dwutorowo – tłumaczy Młynarski. – Gastronomia przynosi dochody, a to, co wydalibyśmy na marketing, inwestujemy w koncerty jazzowe. Same w sobie są świetną reklamą.

Białostocki Odeon to jedyny ważny jazzowy lokal w mieście. – Inni się nawet w ten interes nie pchają – mówi Jarosław Aleksiejuk. W latach 90. przyjeżdżały tam gwiazdy: Bem, Prońko, Makowicz. Ostatnio o znane nazwiska trudniej. – Nie stać nas, a i potrzeby publiczności są ograniczone. Raz w tygodniu musimy robić to nieszczęsne karaoke, ale staramy się, żeby trzymało poziom. W soboty mamy imprezy taneczne, ratuje nas utarg z baru.

Nawet Lech Łuczak, szef renomowanego Blue Note w Poznaniu, uważa, że prezentowanie wyłącznie jazzu to lot kamikadze. Dlatego czasem, bez reklamy i rozgłosu, organizuje imprezy dla młodzieży – zawsze przychodzą tłumy. Natomiast w sezonie letnim klub zawsze zamyka. – Żeby przetrwać w wakacje, musiałbym robić komercję, a nie chcę – wyjaśnia Łuczak. Latem o publiczność na koncertach jazzowych wyjątkowo trudno, ale i przez cały rok frekwencji przewidzieć się nie da. Nie gwarantują jej nawet gwiazdy, wizyty awangardowych muzyków to zaś duże ryzyko. – Niedawno był u nas Samuel Blaser nagradzany na ważnych festiwalach. Mimo promocji sala była pusta – mówi Ewelina Spyrka z krakowskiego Piec Artu. – Prezentowanie trudnych gatunków, takich jak free jazz, wymaga nakładów i starań. W Krakowie mamy uprzywilejowaną sytuację, bo słuchacze są z jazzem obyci. A i tak jest nam ciężko.

Większość właścicieli uważa, że wystarczy, jeśli znani artyści występują w klubie dwa, trzy razy w miesiącu. W pozostałe dni grają młodsi i lokalni, a więc tańsi, muzycy. W ten sposób goście się nie nudzą, a ich portfele nie cierpią. Na co dzień taką strategię prowadzi krakowski Harris Piano Bar. Zaprasza m.in. studentów uczelni muzycznych. Koncerty są co wieczór, tradycyjny jazz przeplata się z fusion i latin jazzem. Opłaty za bilety są symboliczne, a lokal pełny. Menedżerka Małgorzata Michalska zapewnia: – Bilans mamy dodatni, szef jest zadowolony.

Reklama
Reklama

Jednak większość właścicieli podkreśla: wysokiej klasy jazz oznacza straty. – Kto otwiera klub jazzowy z planem zarobienia pieniędzy, ustawia się na przegranej pozycji – ocenia Marcin Giemza, szef wrocławskiej Rury. – To nie biznes, raczej prywatny dom kultury. Kiedy po koncercie bilans wychodzi na zero, jest radość.

A zdarza się ona tylko przy wyprzedanych biletach, dobrym utargu z baru i pomocy sponsora. Jazz najchętniej wspierają producenci alkoholi i papierosów, występy zagranicznych muzyków współfinansują ambasady. Zwroty z biletów pokrywają najwyżej połowę kosztów. Gdyńskiemu klubowi Ucho, który organizuje cykl "Sax Club", pomaga miasto. – Bez subsydiów jazzu by u nas nie było – mówi Karol Hebanowski, menedżer. – Gaże lokalnych muzyków zaczynaj się od 500 zł, Sam Rivers żąda 3,5 tysiąca euro, a James Carter około 8 tys. euro. Występ Tomasza Stańki to koszt rzędu 30 tys. złotych.

Niektórzy muzycy obniżają stawki, jeśli są z klubem zaprzyjaźnieni. – Kiedy zaczynałem, usłyszałem radę: "Tylko konsekwencja uratuje twój klub". Sprawdziła się – mówi Grzegorz Młynarski z Bohemy. – Dla klubu jazzowego kluczem jest długowieczność. Trzeba sprawić, by przychodzili do nas, jak do domu. W końcu to my, właściciele klubów, utrzymujemy jazzmanów – tłumaczy z uśmiechem. – Jesteśmy grupą filantropów, dajemy im codzienny chleb.

– Z tym chlebem bym nie przesadzał – mówi "Rz" Stanisław Soyka, jeden z najczęściej koncertujących jazzmanów. – Szczyt popularności jazzu miał u nas miejsce 30 lat temu. Dziś to elitarna rozrywka. Nie ma gwarantowanych stawek, wielu muzyków występuje za grosze, a znam i takich, co przesiedli się do taksówek.

Wojciech Mazolewski z grupy Pink Freud przyznaje, że dzięki wytrwałości właścicieli w kraju działa wiele dobrych klubów jazzowych. Zaznacza jednak, że na koncertowaniu zyskują obie strony: – Nasze występy pomagają budować prestiż tych miejsc, a przeznaczone na nie pieniądze nie trafiają w błoto, tworzą wizerunek firmy.

– Trzeba inwestować – zgadza się Łuczak z Blue Note. – Dlatego przestałem się przejmować i kupuję już trzeci fortepian. Jazz to pasja, nie można jej przeliczyć na pieniądze.

Reklama
Reklama

Rachunki na bok odkłada też Marcin Giemza z Rury: – Naszą rolą nie jest prowadzenie księgowych dywagacji. Istniejemy, by artyści mieli gdzie grać i rozwijać się. Tylko w ten sposób ożywimy scenę jazzową. Nie ma sensu kalkulować, czy każdy koncert się opłaci. Trzeba ich tysiące, by któregoś wieczora wyłonił się wartościowy muzyk.

Kultura
Słowacki Trenczyn Europejską Stolicą Kultury 2026
Materiał Promocyjny
AI to test dojrzałości operacyjnej firm
Kultura
Bożena Dykiel. Od nimfy na Hondzie do lokatorki z domu na Wspólnej
Kultura
Nie żyje Bożena Dykiel
Kultura
Sztuka i biznes. Artyści na jubileusz Totalizatora Sportowego
Materiał Promocyjny
ROP na zakręcie. Bez kompromisu się nie uda
Reklama
Reklama
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
Reklama
Reklama