Rz: W pana filmie „Ryś", poseł Ryszard Ochódzki mówi o naszym kraju z trybuny sejmowej, że „to dobrze, że jest dobrze", tymczasem w nowej sztuce „Gazeta spada zawsze papierem do góry" szuka pan dziury w całym. Wie pan, na czyj młyn to jest woda?

Stanisław Tym, „Gazeta spada zawsze papierem do góry". Prapremiera w reżyserii Stanisława Tyma, 14 maja, Teatr Polski w Szczecinie. Czytaj recenzję


Stanisław Tym:

Kompletnie mnie nie interesuje, na czyj młyn to jest woda. Napisałem komedię, nie felieton, a komedia nie jest wiernym opisem rzeczywistości, tylko karykaturą, wyolbrzymieniem, krzywym zwierciadłem.

Kiedy zaczynała się nowa Polska, miałem nadzieję, że zmiana systemu zmieni Polaków. Pan wiedział, że takie myślenie jest naiwne?

Zacznijmy od tego, że jednak zmieniła, choć ludzie zostali z całym swoim bagażem spraw, kompleksów, niepewności, niewiedzy i przeważnie niełatwych życiorysów. Oczywiście byłem oszołomiony tym, że wydostaliśmy się ze szponów Związku Radzieckiego, ale chyba wszyscy byli, bo poza Jerzym Giedroyciem nikt nie wierzył, że tak się stanie. Dlatego dziś, kiedy tyle się mówi o różnych pomnikach uważam, że w centrum Warszawy powinien przede wszystkim stanąć pomnik Giedroycia.

W nowej sztuce gra pan Ryszarda Nogala, który przechowuje w szafie Misia, nagrodę za wygaszanie w PRL-u strajków w parowozowni, gdzie odpowiadał za przewozy „małe i średnie", w skrócie „MiŚ". Trzymamy w szafie trupa poprzedniego systemu?

Nie trupa, tylko misia. To już jest zabawka. Jak mówi jeden z policjantów w mojej sztuce, świat przestępczy jest świetnie zorganizowany, bo wszyscy są do siebie tak podobni, że nie odróżnisz. Ryszard Ochódzki i Ryszard Nogal są tego bardzo dobrym przykładem – mają identyczne portrety pamięciowe.

Autopromocja
ORZEŁ INNOWACJI

Ogłoszenie wyników konkursu już 28 września

Dowiedz się więcej

Ochódzki został w „Rysiu" posłem, a Nogal walczy o prezydenturę miasta.

Ochódzki w „Rysiu" też był kandydatem na prezydenta. To zresztą nie ma znaczenia. Ani jednemu, ani drugiemu nie chodzi o stanowisko, tylko o pieniądze, a wszystko co nie jest z nimi związane uważają za stratę czasu.

Wszystko odkrył agent Romek.

Tak, tylko że Romek nie jest żadnym agentem – to po pierwsze. Po drugie – odkrył przekręt, ale to tylko wierzchołek góry lodowej. Poza tym żadna władza takich Romków się nie boi, bo Romkowie też są zaplątani w jakieś nieczyste interesy. I to oni bekną za wszystko.

Konfiturą są inwestycje związane ze stadionami i autostradami.

Z pewnością są i to bardzo dobrą. Ręczę też panu, że to nie jedyne słodkie miejsca.

Ostatnio taksówkarz opowiadał mi, że budowniczowie Stadionu Narodowego proponowali mu kupno ropy i płyt okładzinowych. Płyty są po 250 zł, ale chcieli tylko 50 zł.

W czasach PRL przy wielkiej budowie zawsze powstawało nowe miasto z willami. Jak pan widzi, sporo się zmieniło – żadna willa obok Stadionu Narodowego nie stanie, trudno jednak sobie wyobrazić, że przy takiej wielkiej budowie nikt nic nie ukradnie.

Nogal miał zbudować pięć nowych szkolnych boisk, ale dwie działki sprzedał deweloperom pod apartamentowce.

Było inaczej – Nogal zachachmęcił sprawę i kupił pięć szkolnych boisk. Trzy z nich szkoły odzyskały. Nie uważa pan, że to bardzo pozytywne?

Jest pan kibicem?

Mnie się wydaje, że na stadionach trzeba by wprowadzić stan wyjątkowy. Przecież wszystko tam się rozkłada. Staszek Bareja w każdym filmie podawał cenę benzyny, a ja co jakiś czas przypominam w felietonie, że są trzy rzeczy, które w Polsce nie dadzą się zmienić: piłka nożna, telewizja publiczna oraz mafia taksówkowa w największych miastach.

Dlaczego tak się dzieje?

Można wymieniać wiele przyczyn, ale zawsze jest jedna główna – człowiek, który nie nauczył się życzliwości i szacunku dla innych, odpowiedzialności za przyjęte na siebie obowiązki. Takich ludzi znajdziemy wszędzie, na każdym poziomie społecznej drabiny.

Klimat anarchii i bezkarności pokazał pan w sztuce. Polacy nie potrafią się zmienić?

Ci, którzy chcą, potrafią, a tych, którzy tego nie potrafią, powinno się nauczyć. To najlepszy sposób. Wydaje mi się też, że sztuka nie jest o anarchii i bezkarności wszystkich Polaków, lecz o ludziach zdegenerowanych władzą i pieniędzmi, w dodatku nieuczciwie zdobywanymi.

Gdzie jest pana miejsce na ziemi?

Od 35 lat mieszkam w wioseczce nad Wigrami. Na wsi okrucieństwo widać wyraźniej. Zwierzęta trzyma się po to, żeby je zabić i zjeść. Ludzie nie roztkliwiają nad sobą, gdy komuś utnie palec czy kogoś drzewo przygniecie.

Zasady, które rządzą życiem na wsi są brutalne, ale czytelne?

Nikt niczego nie udaje, bo nie ma takiej możliwości. Łąka rośnie, jest piękna, ale wiem, jak straszliwa walka roślin w niej się toczy o każdy milimetr ziemi, o to, żeby mogły się przebić.

Pana komedie pokazują zamęt i zakłamanie, każdy kogoś udaje.

A pan nigdy nie udaje, panie Jacku? Bo ja bardzo często. A poza tym zawsze uważałem, że najwięcej o człowieku można powiedzieć w komedii. Ma ta forma wartość wyjątkową, na którą zwrócił mi uwagę Antoni Słonimski – recenzję dostaje się natychmiast. Jeśli publiczność się śmieje, to znaczy, że komedia jest dobrze napisana, jeśli się nie śmieje, to znaczy, że źle. I tyle.

W pana spektaklu państwo i Kościół są skorumpowane. Rządzi kasa. Gdzie pan lokuje nadzieje?

W mojej sztuce jest jeden skorumpowany urzędnik powiatowy, drugi urzędnik bardzo głupi i ksiądz łasy na forsę. Nie jest to całe państwo i nie jest to cały Kościół. A nadzieję lokuję w „Wujaszku Wani". Trzeba pracować, pracować, pracować.

rozmawiał Jacek Cieślak