Martin Scorsese w Polsce

Martin Scorsese o swojej nowej produkcji, dyktacie widzów oraz o szacunku dla polskich reżyserów, opowiada Barbarze Hollender

Aktualizacja: 10.12.2011 06:34 Publikacja: 09.12.2011 18:19

Martin Scorsese

Martin Scorsese

Foto: Fotorzepa, Raf Rafał Guz

Pana ostatni film "Hugo i jego wynalazek" jest dla widzów zaskoczeniem. Martin Scorsese i kino familijne w 3D?!

Martin Scorsese:

Książka Briana Selznicka ogromnie spodobała się mojej najmłodszej córce, która ma 12 lat. Ja też w tej opowieści o samotnym chłopcu znalazłem coś, co pamiętam z dzieciństwa. Jako astmatyk, który stale miewał ataki duszności, skazany byłem na izolację. Nie mogłem grać z kolegami w piłkę, więc wędrowałem w świat wyobraźni. Miałem małe urządzenie, do którego wkładałem slajdy z kwiatami, zwierzętami, lalkami, obrazkowymi historyjkami. To było moje pierwsze 3D. Potem, w latach 50. zaczęły powstawać filmy w technice stereoskopowej. Nie najlepsze, ale doświadczenie trójwymiaru fascynowało mnie. Te okulary, głębia, magia... Po latach, już jako dojrzały reżyser, znów doznałem olśnienia dzięki Jamesowi Cameronowi i jego "Awatarowi". A "Hugo" wydawał mi się znakomitym tematem dla 3D. Postanowiłem go zrobić w prezencie dla córki, ale i dla siebie. Każdy artysta powinien walczyć, by zachować w sobie odrobinę dziecięcej fantazji. Zapomnieć czasem o odpowiedzialności, pieniądzach i dać się ponieść wyobraźni.

Twórcy, którzy robili mocne filmy społeczne, zaczęli opowiadać bajki z happy endem. Świat w dobie kryzysu potrzebuje nadziei?

Pewnie zawsze potrzebował, tylko my zrozumieliśmy to teraz, bo się zestarzeliśmy.

"Hugo" to także film o magii ruchomych obrazów. Ale kino bardzo zmieniło się od czasów, gdy zaczynał pan karierę.

Dzisiaj ekran został zdominowany przez nowe wynalazki. Kończy się epoka celuloidowej taśmy, jednak istota kina pozostaje taka sama – trzeba opowiadać historie. Każdy film – polski, rumuński, francuski czy amerykański – jest inny. Jednak każdy jest rozmową z widzem.

W jednym z wywiadów powiedział pan, że to widz, a nie reżyser, producent czy gwiazda, dyktuje w kinie warunki.

To oczywiste. Gdyby publiczność nie lubiła filmów akcji z facetami biegającymi po ekranie, eksplozjami i pościgami, wytwórnie przestałyby je robić.

A nie martwi pana, że na listach przebojów króluje rozrywka na marnym poziomie?

W latach 50., w czasach mojego dzieciństwa, publiczność też lubiła musicale i kino akcji. Potem coś zaczęło się zmieniać. Starsi widzowie wciąż byli przywiązani do dawnego kina, ale młodzi szukali nowej estetyki. W Europie pracowali Fellini, Antonioni, Bergman. My w Stanach w latach 70. robiliśmy ostre filmy społeczne, pokazujące przemoc, seks, ale też tęsknotę za wolnością. I te tytuły przebijały się przez komercyjny chłam. Dziś widownia znów szuka przede wszystkim rozrywki. Trzeba włożyć duży wysiłek w jej edukację – przypomnieć, że w kinie można przeżyć coś ważnego.

Które filmy z własnego dorobku są dla pana najważniejsze?

Z pewnością "Ulice nędzy". Wspaniale przyjęte przez krytyków i widzów, dały mi siłę i wiarę, że jestem na właściwej drodze. Specjalnym czasem był dla mnie okres kręcenia "Wściekłego byka". Czułem, że jakiś etap się w moim życiu kończy, a inny zaczyna. Niedługo potem zrobiłem "Ostatnie kuszenie Chrystusa". Ostatnio ekscytującym doświadczeniem stała się dla mnie realizacja "Awiatora". Ważne są jednak nie tylko tytuły, także ludzie. Z wieloma stale pracuję, dobrze się znamy i rozumiemy. De Niro czy Di Caprio zawsze mnie inspirowali. Robert namówił mnie do zrobienia "Wściekłego byka" i "Króla komedii", Leo przekonał do "Awiatora". Choć jest ode mnie dużo młodszy, mamy podobne podejście do życia.

Nakręcił pan również dokumenty o kinie amerykańskim i włoskim. Ale pana montażystka Thelma Schoonmaker opowiada, że w waszej montażowni wisi plakat "Popiołu i diamentu"...

Po przylocie do Warszawy spotkałem się z Andrzejem Wajdą i dałem mu zdjęcie z czasów, gdy pracowałem nad "Wściekłym bykiem". Jest na nim właśnie ten plakat. Zawsze byłem pod wielkim wrażeniem polskich filmów – Munka, Polańskiego, Skolimowskiego, Wajdy – zwłaszcza "Popiołu i diamentu" czy "Kanału".

Teraz dostał pan doktorat honoris causa łódzkiej Filmówki.

Na uniwersytecie nowojorskim miałem ogromnie surowego wykładowcę, który prowadził zajęcia z teorii filmu. Pamiętam, że stale robił nam testy. Odpowiadaliśmy na pytania ze wstępnego egzaminu do łódzkiej szkoły. Często mówił nam o tej uczelni, uważał ją za najlepszą na świecie. To był rok 1961. Dzisiaj czuję się zaszczycony, że profesorowie tej szkoły przyznali mi honorowy doktorat.

Europa od lat musi się bronić przed zalewem hollywoodzkiej komercji. Gdyby był pan reżyserem ze Starego Kontynentu, jakie filmy by pan kręcił?

Osadzone w narodowej kulturze. Twórczość musi wywodzić się z własnych korzeni. Wychowałem się w Ameryce, na wschodnim wybrzeżu i kocham Nowy Jork. Moja rodzina pochodzi z Sycylii. Dlatego robię filmy amerykańskie, czasem zagłębiając się w tradycję włoską, pielęgnowaną przez imigrantów. W każdy projekt wkładam całe swoje życie. Robię filmy różne. Czasem klaustrofobiczne, czasem otwarte i pełne przestrzeni. Ale wszystkie one wypływają z mojego doświadczenia. Z tego, co mam w sobie zakodowane. W sztuce nie wolno nikogo udawać, lepiej być sobą.

To jest też zapewne rada, jaką dałby pan dzisiaj początkującym reżyserom.

Tak. Życzyłbym im też odwagi. Ja jestem oddany tradycyjnemu kinu. Ale młodzi – jeśli uznają sztukę filmową za swoje medium – powinni ją definiować od nowa, iść z duchem czasu. Kino ciągle jest wspaniałym sposobem na porozumiewanie się z innymi. 3D czy nie – wszystko jedno. Chodzi o to, by mówić własnym głosem i nie ulegać restrykcyjnemu myśleniu. Powiedziałbym więc młodym: nie poddawajcie się, macie prawo marzyć.

rozmawiała Barbara Hollender

Martin Scorsese

, ur. 1942 r.  w Nowym Jorku, twórca m.in. "Ulic nędzy", "Taksówkarza", "Ostatniego kuszenia Chrystusa", "Wściekłego byka", "Chłopców z ferajny", "Awiatora", przyjechał do Polski na zaproszenie Stowarzyszenia Filmowców Polskich.  W piątek w łódzkiej PWSFTviT odebrał doktorat honoris causa.

Pana ostatni film "Hugo i jego wynalazek" jest dla widzów zaskoczeniem. Martin Scorsese i kino familijne w 3D?!

Martin Scorsese:

Pozostało 98% artykułu
Kultura
Nie żyje Benji Gregory. Aktor znany z kultowego sitcomu "Alf" miał 46 lat
Kultura
Nie zagra już osła w nowym „Shreku”. Jerzy Stuhr z nieba do piekła, czyli artysta gigant
Kultura
Artystyczny weekend w Krakowie
Kultura
Nowa kolekcja Wojciecha Fibaka. Sztuka wciąga jak tenis
Materiał Promocyjny
Mazda CX-5 – wszystko, co dobre, ma swój koniec
Kultura
Gloria Artis dla Anny i Jerzego Staraków
Materiał Promocyjny
Branża bankowa gorszy okres ma za sobą