9 czerwca 2012 roku Bohdan Smoleń kończy 65 lat.

Tekst z tygodnika Uważam Rze

z 2011 roku

Stworzenia Pana Smolenia to fundacja zajmująca się hipoterapią, czyli mówiąc prosto – leczeniem poprzez kontakt z koniem. Satyryk założył ją cztery lata temu we wsi Baranówko, niedaleko Poznania. By tam trafić, na stronie internetowej zamieszczone są współrzędne geograficzne, które można wpisać do nawigacji samochodowej. Te okazują się pomocne, bo w którymś momencie kończy się asfalt i do stadniny dojeżdża się już drogą gruntową. Zanim droga się skończy, jedzie się obok pięknej stadniny należącej do pewnego znanego biznesmana, jednego z najbogatszych Polaków, miłośnika gry w polo. Posiadłość Bohdana Smolenia nie jest ani tak wielka, ani tak okazała, ale obejście jest schludne, a dużemu drewnianemu domowi i ogrodowi trudno odmówić uroku.

Ja nie nawijam

Na pytanie, co robi w takiej głuszy, od lat niezmiennie odpowiada w ten sam sposób: Czekam na tramwaj. Wcześniej mieszkał na obrzeżach Poznania. Gdy miasto się rozrosło, zaszył się głębiej w lesie.

– Ludzie myślą, że ja to już takie kupiłem albo że to wszystko się samo zrobiło. A ile nocy poświęciłem temu, żeby ten mój wymarzony dom tak wyglądał, to tylko ja wiem. Albo ogród: każdy kamień, każdą roślinkę sam samochodem przywoziłem – opowiada Smoleń, siedząc na kanapie w salonie. Nie oprowadzi nas, jak na gospodarza przystało, bo w tym celu trzeba choćby włożyć buty, a on porusza się już z trudem. Noga drętwieje, kolano boli, bez kuli przejdzie najwyżej parę kroków. Jak na człowieka po dwóch udarach to i tak dobrze. – Przecież mogłem być rośliną. A tak, dzięki automatycznej skrzyni biegów, to jeszcze samochód jestem w stanie poprowadzić – cieszy się.

Zdjęcia z kulą zrobić jednak nie możemy, bo – jak mówi – w tym kraju artysta nie może chorować. – Jak to o kuli chodzi? Ludzie mają mnie pamiętać takiego jak na scenie – zaznacza. Dlatego nie ma mowy o występach. O fundacji mówić nie lubi.

W ogóle krasomówcą to nie jest („Od nawijki to był Laskowik, ja tylko robiłem pointy"). Twierdzi, że pomysł z hipoterapią wpadł mu do głowy ot, tak – na tej samej zasadzie jak kiedyś żarty. Żadnych łzawych historii o „potrzebie serca", wywodów o cierpieniu i chorobie, które nie są mu obce, czy wielkich słów w rodzaju: „solidarność", „dobroczynność" czy „miłość". – Ja chciałem czegoś konkretnego i realnego. Nie interesuje mnie pomoc tygrysom czy chorym dzieciom w Afryce. Była potrzeba pomóc dzieciom na tej ziemi, to trzeba było to zrobić i już. A konie? Zgodnie z papierami. W końcu kończyłem zootechnikę – wyjaśnia założyciel fundacji.

Autopromocja
Bezpłatny e-book

WALKA O KLIMAT. Nowa architektura energetyki

POBIERZ

Tak się stawia nóżkę

Cyklicznie z zajęć hipoterapii korzysta ok. 70 dzieci, choć często słowo „dzieci" należy traktować umownie, bo są tu też pacjenci mający po 40 lat. Ale tylko fizycznie – ich sprawność intelektualna jest sprawnością dziecka. – Rehabilitujemy osoby z najróżniejszymi schorzeniami: dziecięce porażenie mózgowe, stwardnienie rozsiane, zespół Downa, choroby mięśni, schorzenia neurologiczne, psychiczne, pomagamy niewidomym... Tę listę można by ciągnąć bardzo długo – wyjaśnia Joanna Kubisa, prawa ręka szefa.

Do dyspozycji pacjentów jest 12 kucyków szkockich. Dzieciaki je uwielbiają, choć początki bywają trudne. 21-letnia Sylwia Dolata, która cierpi na porażenie mózgowe, na początku w siodle wytrzymała 10 min. – Przez ten czas był jeden wielki krzyk i płacz. Teraz jeździ po pół godziny właściwie sama. Bardzo się cieszy na te sesje – opowiada jej ojciec Zdzisław. Do fundacji przywiózł ją trzy lata temu, jak sam mówi, trochę przez przypadek. – Czytałem, że hipoterapia bardzo pomaga, ale nie wiedziałem, że aż tak. Stała się bardziej aktywna, jest z nią lepszy kontakt, np. rozumie polecenia, z czym przez tyle lat był problem. Jest śmielsza, odważniejsza. Widać, że terapia robi swoje.

Na farmie Smolenia dzieci, które mają tyle ograniczeń fizycznych i psychicznych, robią to, czego często nie potrafią ich pełnosprawni rówieśnicy – jeździć konno. Dzięki temu mogą zaimponować rodzicom, są dumne, że coś same umieją zrobić, a przy tym robią niesamowite postępy w walce z chorobą. – Koń to jedyny żywy przyrząd gimnastyczny. Bardzo przyjemny, w tyłek ciepło. Mieliśmy tu przypadki, że dzieci, które nie chodziły, po jakimś czasie zaczynały stawać na nogi, bo jazda wierzchem inspiruje do chodzenia. Koń nadaje tempo, wysyła komunikat do mózgu, że tak się stawia lewą nóżkę, prawą – opowiada Smoleń.

Stój kto idzie? – Bieda. – Do nas nie wejdziesz

To framgent skeczu „Bieda" nieśmiertelnego kabaretu Tey. Biedą był właśnie Bohdan Smoleń. Żart okazał się proroczy, bo przyszłość fundacji stanęła pod znakiem zapytania. Stworzenia Pana Smolenia mają kilkanaście tysięcy złotych zadłużenia, głównie wobec ZUS i urzędu skarbowego. Jedyną osobą zatrudnioną, i to na pół etatu, jest Joanna Kupisa (terapeuci pracują na umowę-zlecenie).

Na jej głowie są konie, dzieci, terapeuci i urzędnicy. – Właśnie rozpoczyna się Malta, na której nie byłam od trzech lat. Przez ten czas to ja tu widzę tylko końskie zady. Ale inaczej się nie da. Roboty jest po szyję. Nie stać nas na zatrudnienie nikogo, bo zjedzą nas koszty pracy. Dobrze, że ciągle możemy liczyć na pomoc ze strony wolontariuszy, którzy np. wyproszą gdzieś siana dla koni – rozkłada ręce kobieta.

Klepanie po plecach

Pieniędzy jest coraz mniej, bo w fundacji nie ma nikogo, kto by potrafił sprawnie zadbać o pozyskiwanie środków. – Napisałam jeden wniosek na początku, ale to było, zanim ruszyliśmy z zajęciami. Pisanie, uzupełnianie dokumentów, jeżdżenie po setki zaświadczeń jest tak uciążliwe, że zajmując się bieżącą działalnością fundacji, po prostu na to nie ma czasu. Potrzeba nam fundraisera z prawdziwego zdarzenia, który będzie się zajmował tylko tym.

Z powodu złej sytuacji finansowej wprowadzono częściową odpłatność za zajęcia w wysokości 30 zł. To kwota symboliczna. Rodzice są zaniepokojeni, że w razie czego nie będzie ich stać na zapłacenie rynkowych stawek. – Martyna bardzo zżyła się nie tylko ze zwierzakami, ale i z terapeutami. Nie wyobrażam sobie teraz, bym miała nagle szukać czegoś innego – mówi Alina Michalak, matka 13--latki z zespołem Downa.

W tym roku fundacja dostała 30 tys. z 1 proc. Poza tym utrzymuje się dzięki wsparciu sympatyków, którzy pamiętają Smolenia ze starych czasów. – Ciężko pracowali, jak im zostawało na bilet, to przychodzili i ja ich rozbawiałem. I teraz w jakiejś formie oni mi to oddają – opowiada. Jednak gdy podsumowuje swoją karierę, to z tej „popularki" jest niezadowolony. – Nie mogłem zjeść spokojnie zupy, żeby nie podszedł ktoś, po plecach nie klepnął i tłumaczył, jaka to jego teściowa jest niedobra. Gdzie się nie pojawiałem, to od razu słyszałem: „Cicho, Smoleń idzie, kopalnia żartów. Jeszcze mu dajcie akordeon, to grać będzie". A nie wiedzą, że na akordeonie to się tylko pół roku uczyłem grać i to w zimę, żeby z góry zjeżdżać na jego pokrowcu. Jak się rozwalił pokrowiec, to koniec nauki. A ja żartowałem, owszem, ale tylko na deskach. Jak schodziłem ze sceny, to chciałem, żeby się wszyscy ode mnie odwalili.

W domu prawie go nie było, bo z kabaretem Tey zwiedził pół świata. – Tysiące kilometrów zrobiłem po lotniskach, restauracjach. Niektórzy mi zazdroszczą. Jezu, ile pan zwiedził? A ja nic nie zwiedziłem, wszędzie byłem w pracy. Graliśmy, dziś Floryda, jutro Człuchów. Oba miejsca piękne, ale wszystkie oglądałem z okien samochodów. Co tatuś widział? Kieliszki. W każdym państwie wyglądały tak samo.

Dola artysty kabaretowego nie jest łatwa. Po osobistej tragedii nie mógł tak jak normalny człowiek wrócić do pracy. Bo jak tu wejść i żartować, kiedy w niewyjaśnionych okolicznościach ginie 16-letni syn. Zdaniem policji było to samobójstwo. Bohdan Smoleń raz w to wierzy, innym razem nie. Takich wątpliwości nie ma w stosunku do śmierci żony. Niepogodzona z utratą syna targnęła się na swoje życie w niespełna rok po jego śmierci. Umarła mu na rękach. Ale trzeba było się zebrać w sobie, bo została jeszcze dwójka dzieci.

O Laskowiku ani słowa

Za komuny mówił głośno to, co ludzie szeptali pokątnie. W pewnym momencie dostał zakaz występów, bo „słowem i gestem godził w sojusze i w ustrój". – Ja? Taki mały kurdupel? To po co wojsko i policja. Więc chciałem, by mi powiedzieli, które słowa godzą w sojusze, a które w ustrój, to ja ich w domu nie będę używał. No i pan Rakowski mi ten zakaz cofnął – wspomina.

Były jednak też dobre strony. A do tych paradoksalnie należała cenzura. – To w większości byli poloniści. Z jednym nawet w ławce w klasie maturalnej siedziałem. Genialni ludzie. Jak cenzor zamienił słowo na słowo, to zawsze był strzał w dziesiątkę. Żaden artysta by tego lepiej nie wymyślił – zapewnia Smoleń. Jednak z Zenonem Laskowikiem, jego partnerem z Teya, kontaktów nie utrzymuje. Pytany o powody wybucha: – A czy ja mogę czegoś nie chcieć? Raz powiedział: przyjedź, więc pojechałem. I stałem z walizką na dworcu w Poznaniu. Drugi raz taki głupi nie będę – wspomina rozżalony.

Choć zapewnia, że kiedyś przyjdzie czas, kiedy wróci na scenę („za dwa, trzy lata, tylko wyjdę na prostą"), teraz koncentruje się na fundacji, na którą z każdym dniem brakuje mu sił. – A marzenia? – O nich nigdy nie lubiłem mówić. Mam powiedzieć, że marzy mi się, by dojść do sracza i nie przewrócić się po drodze? Ludzi to nie interesuje – kończy gorzko.

Tekst z tygodnika Uważam Rze

, lipiec 2011