Rz: W pana filmach polski pejzaż gra często główną rolę. Na czym, według pana, polega siła naszego krajobrazu?

Andrzej Barański:

Pejzaż może na nas wpływać, i to w sposób bezpośredni. Gdy tworzyliśmy „Dzień wielkiej ryby” – w przepięknym miejscu Polski, w górnym biegu Wisły niedaleko Kazimierza – Jan Peszek grający główną postać w tym filmie mówił, że jest wręcz przytłoczony pięknem okolic. Pejzaż to taka specyficzna przestrzeń: my wchodzimy w nią, a ona w nas. Samotne drzewo na wzgórzu czy rzeka – rozlana leniwie lub wartka – wywołuje emocje.

Zawsze z ulgą wracam do Polski, bo tu jest wilgoć i zieleń

Trudno też wówczas nie poddać się refleksji. W otoczeniu pejzażu człowiek często myśli o sobie z perspektywy wieczności.

Trudno jest filmować pejzaż?

Trzeba wiedzieć, czego się od niego oczekuje. Ja traktuję go jak wiersz czy utwór muzyczny, a nawet więcej niż sztukę – bo ta nigdy nie prześcignie natury w jej doskonałości. Nie jest trudno go filmować, choć to pytanie powinniśmy też zadać Krzysztofowi Ptakowi, autorowi pięknych zdjęć do „Dnia wielkiej ryby”. Oczywiście zrobienie dwóch dubli na nurcie rzeki wymaga czasem wielu godzin, a fotografowanie „grającego” w filmie pejzażu wymusza przestawianie kamery do kolejnego ujęcia czasem o pół kilometra. Krajobraz jednak to wdzięczny aktor, sam wchodzi w kadr.

Jakie miejsce, według pana, jest w Polsce najpiękniejsze; o którym powiedziałby pan, że jest cudem natury?

Dolina Nidy. Urodziłem się w Pińczowie, znam tę okolicę bardzo dobrze. Gdy byłem chłopcem, zabierałem latem kąpielówki i ogromną dętkę, np. od traktora, i z takim ekwipunkiem podjeżdżałem kolejką wąskotorową kilka przystanków w górę rzeki. Potem przez cały dzień płynąłem w dół, w kierunku domu, do Pińczowa. Uroda przyrody i okolic, które mijałem na mojej „łodzi”, na zawsze pozostały mi w pamięci.

Autopromocja
Nowość!

Trzy dostępy do treści rp.pl w ramach jednej prenumeraty

ZAMÓW TERAZ

Mam też w głowie jeszcze inny związany z rzeką obraz. Byłem wówczas już studentem. Wracałem do rodziców na weekend bardzo wczesnym rankiem, świtało. Kolejka sunęła wzdłuż rzeki, nad którą unosiła się para, kłęby mgły. Przez nie przebijały się pierwsze promienie słońca. Taki właśnie widok można nazwać pięknem doskonałym.

Czy gdyby opowiadał pan cudzoziemcowi o Dolinie Nidy, powiedziałby pan, że jest w nią wpisany typowy polski pejzaż?

Jest tu wszystko, co dla Polski charakterystyczne – ptactwo, nasycona zielenią roślinność, zapach pól, łąki, dzikie ścieżki. Sama rzeka rozdziela się i łączy, tworząc labirynt rozgałęzień. Dolinę otaczają wzgórza z jaskiniami. Takimi krajobrazami możemy się chwalić. Nie tylko ja zachwycam się Doliną Nidy. Melchior Wańkowicz po powrocie z Ameryki, stęskniony za Polską, pierwsze swoje kroki skierował właśnie tu.

Podczas zagranicznych podróży zachwyciło pana jakieś miejsce równie mocno?

Lubię tereny Bawarii, nie pamiętam jednak, by tamtejsza przyroda wywoływała we mnie tak silne emocje. Nie robią na mnie wrażenia kraje południa, chociaż jeżdżę tam na wakacje w pogoni za ciepłem. Zawsze jednak z ulgą wracam do Polski, bo tu jest wilgoć i zieleń. Wilgotność Polski wręcz widzi się gołym okiem od razu po wyjściu z samolotu.

A co pan myśli o nieodwracalnych już zmianach w polskim krajobrazie, o burzeniu jego urody tzw. dziką architekturą, o rozrastaniu się przedmieść wchłaniających coraz większe połacie łąk?

Mieszkam w dużym mieście, z dala od tych niezwykłych, naturalnych miejsc, o których rozmawiamy. Ale muszę przyznać, że coraz częściej zachwycam się tym, co wokół – parkami. Cieszy mnie każdy nowy teren pod zieleń, każdy skwer. Jestem pod wrażeniem starania się niektórych restauracji o tzw. ogródek w dosłownym tego słowa znaczeniu. Obserwuję, jak pracownicy tych miejsc toczą co rano wielkie donice drzewek i kwiatów. Wzruszają mnie też małe ogródki w oknach i na balkonach prywatnych domów. Patrzę na to wszystko czasem jak gospodarz i myślę: o, jak ładnie rośnie, i jest tego coraz więcej, może będzie jeszcze więcej? Chciałbym.