Czy kebs jest z natury gorszy?

Stałem przed witryną co najmniej dziwnego lubelskiego barku z kuchnią wietnamską, gdy spoglądający na menu blokersi krzyknęli: „Zobacz, tam Abdule gotują, to już lepiej szamniemy kebsa". Arabska obsługa i mnie zaskoczyła.

Co było pierwsze: „szamać", czyli jeść, czy „szama", czyli usta – nie wiem, ale w sprawie kebsa w ogóle nic nie wiedziałem.

Korzystając z tabletu kolegi-menedżera, chciałem wejść na ulubioną stronę kulinarną, ale Google przekierował mnie na www.kebs.org, czyli portal Kenya Bureau of Standards na Off Mombasa Road w Nairobi i poczułem, co to znaczy znaleźć się na manowcach.

Przenieśliśmy się z Afryki przed warszawski Pałac Kultury i Nauki, klikając na wywiad z DJ Kebsem. Prawem kontrastu, narzekając, że zabrakło nam szczęścia na Euro 2012, ujawnił, że ze swojej płyty jest zadowolony, bo „bity zgrywają się z tonacjami". Niestety, dziennikarz z „PopkillerTV" żadnym pytaniem nie zahaczył, choćby w najmniejszym stopniu, o genezę artystycznego pseudonimu popularnego polskiego didżeja. Szliśmy smutno Alejami Racławickimi, gdy, nie uwierzycie Państwo, z daleka zamajaczył wielobarwny i uroczy szyld „Kebs".

Kolega szybko wpisał do wyszukiwarki nazwę i adres. Euforię naszego cudownego odkrycia zgasił komentarz: „Najzwyklejsza budka z kebabem". Czyli kebs to kebab. „To lepiej gdzie indziej pójdźmy na tego kebsa" – powiedział kolega. „A jeśli kebs to generalnie taki gorszy kebab?" – zapytałem.