Sprawę pierwszy opisał czołowy słowacki portal informacyjny Dennik N. - Nasze ministerstwo spraw zagranicznych było zaskoczone, że ambasador wziął udział w paradzie, mimo że Unia Europejska przyjęła wspólne stanowisko, by tego nie robić. Białoruś powinna się dostosować do zaleceń Światowej Organizacji Zdrowia i wstrzymać z organizacją imprez masowych, a to zignorowała. MSZ dowiedziało się o wszystkim z białoruskich mediów i poprosiło Migaša o wyjaśnienia. On zamiast wyjaśniać, złożył rezygnację - mówi rp.pl Mirek Toda, autor tekstu w Denniku N.

Na dodatek dyplomata przystąpił do kontrataku, oskarżając MSZ o skierowaną przeciw niemu kampanię.
- Rozmawiałem z nim. Powiedział mi tylko, że jest antyfaszystą i że musiał oddać hołd milionom poległych w czasie drugiej wojny Białorusinów. Z tym antyfaszyzmem to jest dosyć śmieszny argument. Nigdy nie słyszałem, by Migaš krytykował naszych współczesnych faszystów z ugrupowania Kotleby [Partia Ludowa - Nasza Słowacja, czwarta siła w parlamencie, zdobyła 8 proc. głosów w lutowych wyborach - red.], nimi się nigdy nie interesował - dodaje Mirek Toda.

Jozef Migaš nie jest anonimowym dyplomatą. To w przeszłości znany polityk, był nawet szefem parlamentu w latach 1998-2002. Wcześniej wykładał w wyższej szkole politycznej Partii Komunistycznej w Bratysławie. Pomógł komunistom odnaleźć się w nowej rzeczywistości, był jednym z twórców postkomunistycznej Partii Demokratycznej Lewicy (SDL), która potem stała się częścią socjaldemokratycznego Smeru pod wodzą Roberta Ficy. Smer rządził przez wiele lat, stał się symbolem korupcji i niejasnych interesów, które opisywał zabity w 2018 roku dziennikarz śledczy Ján Kuciak, partia straciła władzę dopiero po lutowych wyborach.

Migašowi w tym miesiącu i tak się kończyła kadencja. Być może zrobił ruch wyprzedzający, zanim MSZ, już inne niż to, które go wysłało na placówkę do Łukaszenki, powie, żeby wracał do Bratysłowy.

Dziennikarz Mirek Toda przypuszcza, że Migaš może przejść do pracy w partii Ficy, teraz głównym ugrupowaniu opozycyjnym. - Od dawna jest blisko z Ficą, który potrzebuje kogoś od polityki zagranicznej - mówi.

Zdjęcia z parady 9 maja w Mińsku obiegły cały świat; maszerujący ramię w ramię żołnierze obu płci, ściśnięci na trybunach widzowie i sam Łukaszenka otoczony dygnitarzami w mundurach - to wszystko wyglądało jak prowokacja wobec zasad dystansu społecznego.

Na paradzie pojawili się dyplomaci z kilkunastu krajów, Korei Północnej, Chin, Wenezueli, Iranu, nie było nawet ambasadora Rosji. Według niektórych źródeł białoruskich oprócz Migaša z Unii Europejskiej był też ambasador Węgier.

Być może MSZ w Bratysławie nie dowiedziałoby się o udziale swojego pracownika w imprezie masowej w Mińsku, gdyby nie to, że Jozef Migaš stał się bohaterem mediów białoruskich.
Jego słowa przytaczała tuba reżimu gazeta „SB” (dawniej „Sowiecka Biełaruś”) w tekście „Widzowie z całego świata dzielą się wrażeniami po paradzie”. Wystąpił tam obok rosyjskiego blogera, szefa chińskiej firmy edukacyjnej, mieszkanki Barcelony o słowiańskim imieniu i nazwisku oraz Rusłana z Kirgizji i Benjamina z Austrii.

- Mój ojciec był uczestnikiem słowackiego powstania narodowego, z Białorusinami i Ukraińcami brał udział w wyzwalaniu ówczesnej Czechosłowacji od faszyzmu. Dlatego wyrażam swój stosunek jako ambasador, ale i osobisty wobec ojca, ze względu na pamięć - powiedział były już szef słowackiej placówki dyplomatycznej w Mińsku.

Autopromocja
ORZEŁ INNOWACJI

Zgłoś swój projekt w konkursie dla startupów i innowacyjnych firm

WEŹ UDZIAŁ