Rośnie napięcie na granicy z Białorusią

Pojawienie się białoruskich śmigłowców na polskim niebie MON uznaje za prowokację i element działań hybrydowych.

Aktualizacja: 03.08.2023 06:26 Publikacja: 03.08.2023 03:00

Dwa białoruskie śmigłowce naruszyły polską przestrzeń powietrzną 1 sierpnia

Dwa białoruskie śmigłowce naruszyły polską przestrzeń powietrzną 1 sierpnia

Foto: Maksim Safaniuk/Shutterstock

Już na początku lipca MON ściągnął na Podlasie ponad tysiąc żołnierzy, głównie z 12. i 17. brygady zmechanizowanej, i niemal 200 jednostek sprzętu wojskowego – m.in. rosomaków i popradów w ramach operacji „Bezpieczne Podlasie”. Teraz, po wtorkowym incydencie, liczba żołnierzy może nawet się podwoić – wynika z naszych nieoficjalnych informacji.

1 sierpnia białoruskie śmigłowce wojskowe przeleciały przez polską granicę – zauważyli je i sfotografowali mieszkańcy Białowieży. MON początkowo zaprzeczał, by we wtorek wieczorem przyznać, że jednak „doszło do naruszenia polskiej przestrzeni powietrznej przez dwa śmigłowce białoruskie, które realizowały szkolenie w pobliżu granicy”. MON tłumaczył się z blamażu, że „przekroczenie granicy miało miejsce w rejonie Białowieży na bardzo niskiej wysokości, utrudniającej wykrycie przez systemy radarowe”.

Czytaj więcej

Śmigłowce były z ochrony Łukaszenki? Dyktator "przegiął" i łagodzi narrację

– Mamy obecnie na Podlasiu więcej żołnierzy niż drzew w lesie i co z tego wynika dla naszego bezpieczeństwa? Nic. Mamy niebo dziurawe jak sito, system radiolokacyjny nie zadziałał. Skoro MON przyznaje, że Polska wiedziała o rzekomym szkoleniu białoruskich śmigłowców, nie było obserwacji nieba? Gdzie są ci ludzie, gdzie jest ten nowoczesny sprzęt – pyta zbulwersowany gen. Waldemar Skrzypczak, były szef Wojsk Lądowych.

MON milczy w sprawie sytuacji na granicy

Szczegóły dotyczące ochrony granicy – zarówno Straży Granicznej, jak i wojska oraz dosłanej tam dwa tygodnie temu grupy pół tysiąca policjantów prewencji – są objęte klauzulą niejawności. Co więcej, MON nie ujawnia takich danych nawet posłom sejmowej Komisji Obrony Narodowej, choć posłowie mają z mocy prawa dostęp do materiałów na poziomie „tajne”.

– Nie znam powodów takiego zachowania ministra Błaszczaka. Ale jest to skandal. Jesteśmy traktowani jak piąte koło u wozu, choć to Sejm, posłowie pełnią funkcję kontrolną rządu. Te informacje się nam należą. A dostajemy same ogólniki, jak te że po aferze z rosyjskim pociskiem, który spadł w Przewodowie, mamy jako Polska „trzy, a nawet czterowarstwowe zabezpieczenia”. Rzeczywistość pokazuje coś zgoła odmiennego – mówi nam poseł KP Paweł Bejda, wiceszef tej komisji.

Czytaj więcej

Polska potrzebuje nowoczesnych technologii do obrony

W ramach operacji „Bezpieczne Podlasie” MON wysyłał pod granicę z Białorusią nie tylko ponad tysiąc żołnierzy, w tym strzelców wyborowych, ale również najlepszy sprzęt – transportery opancerzone, samobieżne przeciwlotnicze zestawy rakietowe. Jak przyznaje kpt. Irena Paczek-Krawczak, rzecznik 12. Brygady Zmechanizowanej ze Szczecina, ich celem są ćwiczenia i jest „realne wzmocnienie granicy”. Wojsko bierze udział w patrolach, wspomagając Straż Graniczną, ćwiczy jednak konkretne, potencjalne „scenariusze zagrożenia”.

Polski resort obrony sugeruje, że białoruskie śmigłowce były częścią zaplanowanych prowokacji w atakach hybrydowych ze strony Białorusi i Moskwy, i spodziewa się kolejnych takich zdarzeń. Dlatego planowana do końca października operacja „Bezpieczne Podlasie” będzie przedłużona na kolejne miesiące.

Po wtorkowym incydencie MON zdecydował wysłać na Podlasie również śmigłowce bojowe. – W jakim celu? Eskortowania białoruskich śmigłowców? Wygląda na to, że polskie wojsko reaguje na wszystko post factum, chaotycznie i bez sensu. Ściąga tysiące żołnierzy, ale nie potrafi ich wykorzystać – komentuje gen. Skrzypczak.

Swój, również niejawny system ochrony granicy ma Straż Graniczna. Dodatkowo, za 1,6 mld zł rząd wybudował w ubiegłym roku zaporę na granicy z Białorusią, którą monitoruje tysiące kamer i detektorów oraz setki funkcjonariuszy.

„Ochrona” dyktatora Aleksandra Łukaszenki?

Wczoraj Biełaruski Hajun, projekt niezależnych białoruskich dziennikarzy, ujawnił, że wszystko wskazuje na to, że białoruskie śmigłowce nie uczestniczyły w ćwiczeniach – należały do ochrony Aleksandra Łukaszenki. 1 sierpnia śmigłowiec Łukaszenki wystartował o godz. 10 nad ranem i udał się do pobliskiej miejscowości Bieławieżski. Podczas całego pobytu dyktatora przy granicy z Polską towarzyszyły mu śmigłowce Mi-8 i Mi-24, które, jak sugeruje Biełaruski Hajun, mogły wlecieć do przestrzeni powietrznej Polski. Bo w tym samym czasie urzędujący od niemal trzech dekad dyktator przebywał w swojej rezydencji w Wiskulach, znajdującej się tuż po drugiej stronie granicy. Resort obrony Białorusi twierdzi jednak, że do naruszenia przestrzeni powietrznej w ogóle nie doszło.

– Oskarżenia dotyczące naruszenia granic Polski przez śmigłowce Mi-24 i Mi-8 białoruskich sił powietrznych i wojsk obrony przeciwlotniczej są zmyślone i zostały wygłoszone przez polskie kierownictwo wojskowo-polityczne po to, by uzasadnić kolejne zwiększenie sił i środków przy granicy z Białorusią – czytamy w komunikacie Ministerstwa Obrony Łukaszenki.

Czy ochrona dyktatora popełniła błąd i przez przypadek wleciała na teren Polski, czy jednak to świadoma prowokacja reżimu w Mińsku, by zbadać ochronę wschodniej flanki NATO, za którą odpowiada Polska?

– Każdy błąd może być tak naprawdę prowokacją i każda prowokacja może być w rzeczywistości błędem. Obecna sytuacja wokół Białorusi i wewnątrz kraju zmusza do tego, by uważać, że jest to celowa próba eskalacji sytuacji. To wpisuje się w szereg poprzednich wydarzeń: rozmieszczenia broni atomowej na Białorusi, przeniesienia na Białoruś wagnerowców oraz militarnej retoryki Łukaszenki i Putina. To wszystko zwiększa stopień napięcia i zmusza Polskę i Litwę do adekwatnej reakcji – mówi „Rzeczpospolitej” Paweł Usow, czołowy niezależny białoruski politolog i publicysta.

Czytaj więcej

ISW: Grupa Wagnera nie stanowi zagrożenia militarnego dla Polski

We wtorek, stojąc tuż obok polskiej granicy i spotykając się z mieszkańcami miejscowości Bieławieżski, Łukaszenko nagle stwierdził, że żartował, mówiąc o możliwej „wycieczce wagnerowców do Rzeszowa i Warszawy”.

– Niech podziękują mnie i Białorusi za to, że zaprosiliśmy do siebie tych wojowników. (...) Bo w przeciwnym wypadku bez naszej wiedzy przeniknęliby do Warszawy i Rzeszowa i wlaliby tam naprawdę mocno – oznajmił. Dyktator uspokajał jednocześnie, że „nie dąży do wojny”.

Nie bagatelizować zagrożenia na granicy

Według Usowa wygląda na to, że Łukaszenko próbuje zmniejszać napięcie. – Czyżby zrozumiał, że swoimi głupimi żartami stworzył bardzo niebezpieczną sytuację, przede wszystkim dla siebie? Polska przerzuciła wojskowych na granicę i rozmieściła ciężki sprzęt. To jak wisząca na ścianie strzelba, może wystrzelić. Dlatego próbuje pewne rzeczy cofnąć, łagodzić. Ma już niewielkie pole manewru. Jedynie co mógłby zrobić, to wypuścić z więzienia Andrzeja Poczobuta, by pokazać, że nie chce wojny z Polską – twierdzi Usow.

Tomasz Siemoniak, były szef MON, nie wierzy, że piloci śmigłowców mogli nie zauważyć, że wlatują w polską przestrzeń powietrzną. – Tu nie ma przypadku. Oni są doskonale wyszkoleni, nikt takiego błędu by nie mógł popełnić, w obawie, że zostałby zestrzelony, dlatego uważam, że była to mimo wszystko prowokacja – ocenia Siemoniak. Uważa, że rząd przerzuca tysiące ludzi na granicę, ale nic z tego nie wynika dla naszego bezpieczeństwa. – Powinniśmy realnie tej granicy pilnować, a MON zajmuje się przygotowywaniem do wielkiej defilady w Warszawie i organizacji dziesiątek pikników. To nas kompromituje.

Także białoruski analityk uważa, że nie należy bagatelizować tych zdarzeń. Moskwa na wszelkie sposoby próbuje eskalować sytuację na granicy Białorusi z państwami UE. Po to, by jeszcze bardziej militarnie i politycznie uzależnić od siebie Mińsk. – Rosja będzie próbowała doprowadzić do otwartego konfliktu pomiędzy Białorusią i Zachodem. I wygląda na to, że Łukaszenko niewiele jest już w stanie zrobić. Jeżeli chodzi o kwestie wojskowe, ma już niewielką władzę na Białorusi – konkluduje.

Już na początku lipca MON ściągnął na Podlasie ponad tysiąc żołnierzy, głównie z 12. i 17. brygady zmechanizowanej, i niemal 200 jednostek sprzętu wojskowego – m.in. rosomaków i popradów w ramach operacji „Bezpieczne Podlasie”. Teraz, po wtorkowym incydencie, liczba żołnierzy może nawet się podwoić – wynika z naszych nieoficjalnych informacji.

1 sierpnia białoruskie śmigłowce wojskowe przeleciały przez polską granicę – zauważyli je i sfotografowali mieszkańcy Białowieży. MON początkowo zaprzeczał, by we wtorek wieczorem przyznać, że jednak „doszło do naruszenia polskiej przestrzeni powietrznej przez dwa śmigłowce białoruskie, które realizowały szkolenie w pobliżu granicy”. MON tłumaczył się z blamażu, że „przekroczenie granicy miało miejsce w rejonie Białowieży na bardzo niskiej wysokości, utrudniającej wykrycie przez systemy radarowe”.

Pozostało 90% artykułu
2 / 3
artykułów
Czytaj dalej. Subskrybuj
Kraj
Michał Kolanko: Łukasz Lipiński był zawsze na posterunku. Odszedł dobry człowiek
Kraj
Bogusław Chrabota żegna Łukasza Lipińskiego. Zastępca redaktora naczelnego "Polityki" nie żyje
Kraj
Poseł biegał po sejmowym dachu. "Jestem wyjątkowy"
Kraj
Biskupi odpowiadają ofiarom pedofilii. „Przepraszamy, że nie zawsze byliśmy przy Was"
Akcje Specjalne
Dekarbonizacja gospodarki bez wodoru będzie bardzo trudna
Kraj
Za pożarem na Marywilskiej stoją Rosjanie? Wniosek komisji o informacje
Materiał Promocyjny
Sztuczna inteligencja może być wykorzystywana w każdej branży