"Global Times" w komentarzu redakcyjnym zauważa, że jest zaskakujące, iż Australia, która podpisała z Chinami traktat o wolnym handlu teraz zdecydowanie poparła wyrok Trybunału Arbitrażowego w sprawie wysp na Morzu Południowochińskim.
Konflikt o kluczowe rejony i wyspy na tym akwenie trwa od wielu lat, ale w ostatnim czasie zaostrzył się zwłaszcza między Chinami a Filipinami. Manila oskarża Pekin o nielegalną zabudowę wysp, a prawa do nich roszczą sobie także Wietnam, Tajwan, Malezja i Brunei. Chiny deklarują swą suwerenność nad 90 proc. powierzchni Morza Południowochińskiego. Sąd arbitrażowy w Hadze odrzucił jednak chińskie roszczenia w tej sprawie, a USA, Japonia i Australia wezwały Pekin do podporządkowania się wyrokowi.
"Australia nie ma chwalebnej historii. Początkowo było to więzienie dla Wielkiej Brytanii, potem stała się kolonią, źródłem surowców i rynkiem zbytu" - pisze "Global Times". Gazeta wypomina też Australijczykom, że kraj ten został odebrany aborygenom.
Następnie gazeta pisze, że Australia rości sobie prawa do 5,9 mln km kwadratowych Antarktydy - czyli do 42 proc. powierzchni bieguna.
"Australia nazywa się państwem z zasadami, tymczasem tak naprawdę hołduje utylitaryzmowi. Chwali chińsko-australijskie relacje, kiedy potrzebuje pomocy ekonomicznej, ale gdy potrzebuje pochwał Waszyngtonu, wówczas demonstruje gotowość do zrobienia wszystkiego" - czytamy w "Global Times".
"Analitycy twierdzą, że oprócz zadowolenia USA, Australia chce również powstrzymać Chiny, działając na rzecz własnych interesów gospodarczych. Chiny muszą się zemścić i pokazać, że to niewłaściwe działanie. Jeśli Australia wkroczy na wody Morza Południowochińskiego, wówczas będzie idealnym celem do uderzenia dla Chin" - podsumowuje "Global Times".
Gazeta stwierdza również, że Australia nie jest nawet "papierowym tygrysem", a jedynie "papierowym kotem".