Tekst z archiwum tygodnika "Uważam Rze"

Czy można mówić o nostalgii za PRL? Dlaczego zamiast tradycyjnego "Precz z komuną", pojawia się czasem hasło "Komuno, wróć"?  Co nam zostało z tamtych lat, jeszcze niedawno powszechnie nazywanych "słusznie minionymi"?

O tym - w najnowszym magazynie weekend.rp.pl

. Najciekawsze teksty z archiwum "Rzeczpospolitej" i innych naszych tytułów, filmy, rozmowy, zdjęcia

Walka o materialne rzeczy zaczęła nagle przyjmować niesamowite rozmiary – wspomina Czesław Kudłek. Należy mu wierzyć – 12 lutego 1982 r. Kudłek był już ową walką tak zirytowany, że... porwał rejsowy samolot An-24 i wraz z rodziną uciekł nim do Berlina Zachodniego. Jeśli dodać do tego, że tylko w latach 1981 – 1982 uprowadzono z Polski 15 samolotów, a zatrzymano 290 podejrzanych o podjęcie próby porwania, stanie się dość jasne, że Polska początku lat 80. nie była przyjemnym miejscem do życia. Ktoś powie – stan wojenny. Tak. Rzecz jednak w tym, że samolotów nie porywali opozycjoniści, lecz szarzy obywatele, a właśnie fakt, że dokonywali tego przy całym terrorze stanu wojennego świadczy o ich desperacji. Nie politycznej. Ekonomicznej. – Jestem niemal pewny, że do 1980 r. żadne z posiedzeń Biura Politycznego nie było poświęcone zwalczaniu opozycji, za to cenie ogórków na pewno – mówił historyk Marcin Zaremba w rozmowie z Andrzejem Brzezińskim.

Ile i za ile?

Lata 80. były rzeczywiście najgorsze, jeśli chodzi o kryzys gospodarczy w Polsce. Ale PRL generalnie był po prostu krajem biednym – jako satelita ZSRR był zmuszony dużą część produkcji kierować za wschodnią granicę, stawiać nacisk nie na te gałęzie przemysłu, które dałyby zysk, lecz na te potrzebne do utrzymania mocarstwowej polityki Kremla. Statystyczny Polak żył od pierwszego do pierwszego, głodem nie przymierał, ale brzuch zbyt duży też mu nie rósł. Zasób pieniędzy w portfelach był prawdopodobnie średnio zbliżony do dzisiejszego – tylko przepaść między najbiedniejszymi i najbogatszymi była wówczas mniejsza. Prawdopodobnie, bo – tu przekleństwo statystycznych uśrednień – w tym przypadku szacunki są bardzo niepewne.

Komentuje Bogusław Chrabota

Autopromocja
Bezpłatny e-book

WALKA O KLIMAT. Nowa architektura energetyki

POBIERZ

Np. dziennikarze portalu Wirtualna Polska dokonali zestawienia zarobków i cen towarów dla lat: 1970 (206 758 zł, co daje rocznie 894 bochenki chleba i 828 sztuk jaj miesięcznie), 1989 (206 758 zł – 390 bochenków, 2094 szt. jaj), 1991 (1 770 000 zł – 1004 bochenki, 1977 szt. jaj) i 2008 (2 943,88 zł – 1591 bochenków, 7360 szt. jaj). Autorzy opierali się na danych Głównego Urzędu Statystycznego, a więc dwa pierwsze roczniki trudno w ogóle uznać za wiarygodne, najbliższy rzeczywistości wydaje się rok 1991, natomiast 2008 reprezentuje rzeczywistość wyłącznie statystyczną. Zaczynając od końca, uśredniony Polak zarabia dziś blisko 3000 zł – dla nikogo nie jest tajemnicą, że średnią winduje Warszawa – większość żyje zapewne za mniej niż połowę tej sumy. Na tej samej zasadzie można wątpić, czy Kowalski A.D. 1970 rzeczywiście mógł kupić 800 jajek. W sklepach tylu nie było.

Była to gatunkowo inna bieda. Dziś cierpimy na brak pieniędzy na towary, w PRL cierpieliśmy na brak towarów, na które można by było wydać pieniądze. Dziś przyczyny drożyzny rozmywają się gdzieś w światowej polityce finansowej, wtedy miały jednego, ściśle określonego sprawcę – komunę. I był to prawdopodobnie największy błąd ówczesnych władz.

Mięso na transparentach

PRL-owskie władze przekonały się o tym dość szybko. Wydarzenia czerwca 1956 r. w Poznaniu – krwawo stłumione protesty robotników – miały co prawda wiele przyczyn, ale zasadniczo sprowadzały się one do ekonomii. Zwłaszcza w Poznaniu. To tam przecież odbywały się słynne Międzynarodowe Targi Poznańskie, na których wystawiano wszystko, czego mieszkańcom stolicy Wielkopolski brakowało. Jak zanotowano w ocenie sytuacji dokonanej na posiedzeniu Prezydium Wojewódzkiej Rady Narodowej w dniu 3 lipca 1956 r.: „Mieszkańcy Poznania widzieli na Targach bekony, puszki i inne produkty z napisami angielskimi, co potwierdzało fakt poważnego eksportu przy brakach na rynku. W pawilonie węglowym zwiedzających chłopów i robotników witał wielki napis »Polska największym eksporterem węgla w Europie«, podczas gdy na rynku nie można było dostać węgla, gdy chłopom zalega się tysiące ton z tytułu kontraktacji trzody".

Zresztą więcej niż źródła pisane mówią fotografie. Istnieje zdjęcie, na którym ul. św. Marcin ciągnie w 1956 r. pochód robotników z transparentem o prostym komunikacie: „Chcemy chleba".

Również ekonomia odegrała rolę zapalnika przy wybuchu protestów na Pomorzu w grudniu 1970 r. Nie chodziło o politykę, lecz o przysłowiową kiełbasę, która, wraz z innymi podstawowymi produktami – decyzją rządu z 30 listopada – miała podrożeć średnio o 23 proc. To tak, jakby dziś cena cukru skoczyła do ok. 10 zł za kg, bochenka chleba do ok. 8 zł, a np. kilogram karkówki kosztowałby ok. 35 zł. Nawiasem mówiąc, PRL-owskie władze musiały być mocno przyciśnięte do muru, skoro zdecydowały się na taki eksperyment w przededniu świąt Bożego Narodzenia – akurat wtedy, kiedy towary zazwyczaj pojawiały się w sklepach i cała Polska tłumnie ruszała do kolejek.

O świadomości przekraczania granicy wytrzymałości obywateli najlepiej zresztą świadczy fakt, że 11 grudnia, na kilkanaście godzin przed ogłoszeniem podwyżek, postawiono w stan gotowości oddziały podległe Ministerstwu Spraw Wewnętrznych. Efektem tej gotowości było 41 ofiar śmiertelnych i grubo ponad tysiąc rannych.

Grudzień '70 był traumą dla wszystkich – po jednej stronie barykady aktywizowała się wyraźnie opozycja, po drugiej rząd złagodził nieco politykę wewnętrzną, konserwatywnego Władysława Gomułkę zastąpił bardziej „ludzki" Edward Gierek, który co prawda branymi na lewo i prawo kredytami zrujnował polską gospodarkę, ale dzięki niemu na pewien czas w sklepach pojawiło się cokolwiek. Na chwilę. Gierkowska polityka tak bardzo rozmijała się z ekonomiczną rzeczywistością, że musiała skończyć się katastrofą. Nastąpiła ona już w roku 1976. Gospodarka była wówczas w tak opłakanym stanie, że rząd zdecydował się na kolejne, tym razem drastyczne podwyżki cen – dochodzące nawet do 70 proc. Według dzisiejszej skali cukier kosztowałby ok. 30 zł, chleb ponad 20 zł, a cena wspomnianej karkówki zbliżałaby się do 60 zł. I tym razem doskonale zdawano sobie sprawę, że możliwość wystąpienia zamieszek jest bardzo realna – w oficjalnych komunikatach nie używano słów „podwyżka cen", lecz zawiłym pseudoekonomicznym językiem wspominano o ruchach na rynkach światowych. A MSW przygotowało swoje jednostki do operacji „Lato '76". Przezornie. W strajku 112 fabryk w 12 województwach wzięło udział ok. 80 tys. ludzi. Strajki spacyfikowano, ale jednocześnie władze z podwyżek się wycofały.

Ekonomia gościła również wśród słynnych postulatów wysuniętych przez „Solidarność" w sierpniu roku 1980 – na 21 aż cztery dotyczyły spraw finansowych, m.in. podwyżki płac, dodatku drożyźnianego i... wprowadzenia kartek na mięso.

Tak. Choć dziś kartki kojarzą się z mrocznymi stronami PRL, w rzeczywistości, przy nieustannym niedoborze towarów, dawały przynajmniej pozór, że ich minimum obywatel ma zagwarantowane. Nie były w Polsce zresztą nowością. Pojawiły się tuż po wojnie (zniesiono je w 1949 r.) – bieda była tak wielka, że istotnie pomagały one przetrwać. W 1951 r. wprowadzono tzw. bony mięsno-tłuszczowe, choć nie obejmowały one całego społeczeństwa, lecz tylko pracowników „sektora uspołecznionego". W 1952 r. ale tylko na rok, reglamentowano cukier, słodycze, mydło i proszek do prania. Kartki pojawiły się także po roku 1976. W 1980 r. władze, negocjując z „Solidarnością" długo i niechętnie, wprowadziły kartki ponownie i ostatecznie – system reglamentacji zniesiono dopiero w sierpniu 1989 r. Związkowcy nie byli jednak raczej zadowoleni z efektów. Nie dość, że system kartkowy stworzył owe słynne, kilometrowe kolejki pod sklepami, to jeszcze normy, które oferował, były mniej niż mizerne. Dla przykładu osoba posiadająca kartki tzw. grupy B miała prawo do 0,4 kg mięsa grupy I i 0,85 kg mięsa grupy II miesięcznie.

Może będzie, może później

Tak mniej więcej wyglądały spektakularne, polityczne skutki PRL-owskiej biedy. A jak przedstawiała się jej zwyczajna, codzienna szarość? Cóż – puste półki sklepowe, na których zagościł czasem ocet, opryskliwe ekspedientki, dwa programy w telewizji, konieczność załatwiania zamiast kupowania, brudna cerata na barowych stołach i pijani robotnicy – było to tak niedawno, że starsi czytelnicy doskonale pamiętają, a młodsi znają ten krajobraz z niezliczonych filmów, zdjęć i opowieści. To był świat z komedii Stanisława Barei – rzeczywistość nie była w nich wcale aż tak bardzo przerysowana. Rzut oka na teksty z tamtych lat:

„Kontrole przeprowadzone w grudniu 1964 r. wykazały, że w większości warszawskich sklepów mięsnych poszukiwane towary, jak schab, boczek, szynka, baleron, leżały ukryte pod ladą lub na zapleczu, zarezerwowane dla krewnych lub znajomych personelu. Podobnie jak niektóre gatunki papierosów w kioskach Ruchu lub bardziej okazałe choinki we wszystkich niemal punktach sprzedaży" – zanotowali autorzy „Oceny działalności w zakresie kontroli społecznej handlu, gastronomii i usług" z 1966 r.

Z tego też okresu pochodzi jeden z felietonów Władysława Kopalińskiego, w którym opisuje on klasyczną scenę z warszawskiego Supersamu: „Ubity tłum kobiet stoi cierpliwie przed ladami chłodniczymi i czeka. Nagabywane pracownice odpowiadają enigmatycznie: »Może będzie. Może później. Nie wiadomo«. Nagle na jedną z lad wysypuje się stos opakowanych porcji mięsa. Klientki obskakują ladę i chwytają co się da. Sprytniejsze wrzucają kilka paczek do koszyka, aby je na stronie, w spokoju obmacać i wybrać najlepsze, a pozostałe rozdać innym. W jednej chwili wszystko pustoszeje".

Popyt na normalność

Pierwsze powojenne lata, mniej więcej do końca lat 50., należałoby w zasadzie wyłączyć z tego opisu. Niedostatek cierpiała cała Europa powoli liżąca rany po stratach II wojny światowej – robotnicy Londynu czy Mediolanu nie odżywiali się lepiej niż ci pracujący przy odbudowie Warszawy. Dość zresztą wspomnieć, że reglamentacja żywności utrzymywała się także na Wyspach Brytyjskich do głębokich lat 50. Wraz z zabliźnianiem się wojennych ran wyraźnie jednak zaczął zwiększać się popyt na normalność. Jeśli pokolenie pracujących przy odbudowie przeoranej bombami Polski dawało się ponieść sloganom nowej władzy i pracowało, żywiąc się czerstwym chlebem i pojąc cienką herbatą, tak już pokolenie urodzone po wojnie chciało mieć wybór.

Tymczasem, choć o nędzy czy głodzie w przededniu lat 60. XX w. nie można już było mówić, sytuacja była daleka od stabilizacji. Charakterystyczny obrazek z roku 1959 zanotował poeta Mieczysław Jastrun w swoim „Dzienniku 1955 – 1981": „To wszystko jest przerażające. W szatni dwie kobiety jadły na kolację kartofle nieomaszczone ze śledziem. Śledzie, choć drogie, i tak najtańsze, na mięso nie mamy". Suchą, historyczną notką oddał tę sytuację prof. Andrzej Paczkowski: „Wzrastająca, mimo zahamowania wzrostu jednostkowej płacy realnej, masa pieniężna nie znajdowała ujścia w kasach sklepowych. Brakowało artykułów przemysłowych, dochodziło do okresowych załamań na rynku mięsnym. Jedynym remedium były podwyżki cen, szczególnie częste, mięsa (1959, 1967) i nabiału (1957, 1958, 1963). Uciekano się też do administracyjnych działań mających na celu ograniczenie konsumpcji, np. w lipcu 1957 wprowadzono bezmięsne poniedziałki".

Charakterystyczne, że choć brakowało wielu towarów, największe emocje wzbudzało zawsze właśnie mięso. To mięso wywoływało społeczne rewolty, mięso było w centrum codziennych rozmów, co zauważała w swoich „Dziennikach" nawet Maria Dąbrowska. Problemy z mięsem sprawiały, że o swoje stołki zaczynali drżeć partyjni włodarze. W czasach gierkowskiej prosperity, w tych latach, kiedy na rynku pojawiła się masa niemal nieosiągalnych wcześniej towarów, w 1973 r. wprowadzono coś w rodzaju „pogotowia mięsnego".

Członek Biura Politycznego Józef Tejchma w zbiorze swoich notatek „Odszedł Gomułka – przyszedł Gierek" wspomina taką sytuację: „Odwiedziłem zakłady mięsne na Żeraniu. Sekretarz Warszawy mówił mi, że od dłuższego czasu, szczególnie obecnie, przed świętami pracuje partyjno-państwowy sztab na wysokim szczeblu, który codziennie w nocy analizuje sytuację na odcinku zaopatrzenia w masę mięsną. Jak byłem na zakładzie, nadszedł właśnie z jednego sklepu alarm o braku wędlin i natychmiast ruszyły posiłki, jak na polu bitwy".

Nawet wszechwładni – jak się ówczesnym Polakom zdawało – członkowie partyjnej góry niewiele jednak byli w stanie wskórać w sytuacji pełnego uzależnienia od ZSRR. Kredyty zaciągnięte przez Gierka w większości zostały przejedzone na miejscu, podwyżki cen żywności odwołano po protestach roku 1976... W latach 80. państwo wkraczało w sytuację mającą wiele wspólnego z tą tużpowojenną. Komedie Barei – mówiące o tej właśnie rzeczywistości –komentowały ją z gorzką ironią. Bardziej wprost mówiły o niej zorganizowane w 1981 r. tzw. marsze głodowe, podczas których m.in. dzieci niosły w rękach bułki i zeszyty szkolne – jedne z wielu prostych dóbr, których zdobycie graniczyło z cudem.

Błażej Brzostek w swojej książce „PRL na widelcu" zauważa ponuro: „W 1982 roku wydatki na żywność pochłaniały ponad połowę statystycznego budżetu (rodziny – przyp. red.). Stanie w kolejkach i »organizowanie« lepszych rzeczy kosztowało też ogromnie wiele czasu. Panie w kasach pustawych samów spożywczych wycinały nożyczkami odcinki kart żywnościowych. Wirtualne kolejki trwały w oczekiwaniu na samochody. Istniały talony na buty. (...) Odrodził się nurt zgrzebnego poradnictwa, znanego z czasów okupacji i pierwszych lat powojennych: jak zrobić coś z niczego, odświeżyć zeschły chleb i zieleniejącą kiełbasę".

Ścieżka zdrowia

Z biegiem lat 80. władza ustępowała pola. Nie oznaczało to co prawda wyjścia z kryzysu i lepszego zaopatrzenia sklepów. Ale przynajmniej zgadzała się na ograniczenie swojego monopolu, może jeszcze nie na rządzenie, ale przynajmniej na dzielenie. W roku 1986 np. wyrażono eksperymentalnie zgodę na bazarowy prywatny handel mięsem. Jak zanotował w jednym ze swoich zabawnych felietonów na łamach „Życia Warszawy" Marek Przybylik: „Zaskakująco sprawnie przebiega eksperyment z bazarowym handlem mięsem. Przed rozpoczęciem tegoż eksperymentu nie brakowało niedowiarków, którzy podważali sens innowacji. Tymczasem stała się rzecz zadziwiająca. Ludzie kupują mięso!".

Tenże Przybylik, kontynuując w roku następnym swoją dziennikarską misję, opisał Wielkanoc sprzed 24 lat: „Wielkanoc 1987 r. oznaczała tradycyjną ścieżkę zdrowia, ogólnokrajowe zawody dla zawodników obu płci i wszelkiego wieku. Od sklepu do sklepu, od okazji do okazji, od kolejki do kolejki. (...) Liczyć się będzie efekt końcowy. Ten na stole i w portfelu. Sztuką jest bowiem kupienie, ale jeszcze większą – kupno po cenie umiarkowanej". A co felietonista miał do powiedzenia w gorące dni sierpnia roku 1989? „W gruncie rzeczy zainteresowanie społeczeństwa skupiło się na dwóch kwestiach: jaki będzie rząd i co będzie z mięsem" – zanotował z przekąsem.

Pod tym względem zmieniło się, jak widać, niewiele. Jedynie o mięsie wiadomo tyle, że będzie. Kwestią mocno niepokojącą jest dziś – za ile?

Maj 2011