W projekcie oświadczenia końcowego konferencji bliskowschodniej nie ma w ogóle słowa „Iran". „Rzeczpospolita" widziała dokument w czwartek po południu. Do zamknięcia tego numeru gazety nie udało nam się potwierdzić oficjalnie, czy w projekcie nie wprowadzono żadnych zmian. Ale nieoficjalnie nawet ze strony irańskiej uzyskaliśmy potwierdzenie, że słowo „Iran" w oświadczeniu nie pada. Jakie stanowisko zajmie Teheran? Czy obniży za karę za zorganizowanie konferencji rangę stosunków dyplomatycznych z Polską – nie było jeszcze w czwartek wieczorem wiadomo. Wcześniej Iran sugerował, że kara będzie wtedy, gdy zostanie wskazany z imienia jako główny kraj destabilizujący sytuację na Bliskim Wschodzie.

Amerykanie tak ostro i publicznie krytykowali Teheran, że treść dokumentu wyglądała jak z innego spotkania.

Wiele państw przysłało do Warszawy na konferencję bliskowschodnią ważnych dyplomatów, bo polskie MSZ zapewniało ich, że nie będzie to spotkanie antyirańskie. I nie zostanie na nim przyjęte oświadczenie wymieniające Iran jako sprawcę wszelkiego zła na Bliskim Wschodzie.

Dokument końcowy to oświadczenie współprzewodniczących konferencji: szefa polskiego MSZ Jacka Czaputowicza i sekretarza stanu Mike'a Pompeo (co-chairs' statement).

W projekcie, który „Rz" dostała od jednej z delegacji spoza UE, nie pada słowo „Iran". Jest mowa o tym, że uczestnicy dyskutowali o zagrożeniu, jakie terroryzm i proliferacja broni stanowią dla regionu i świata. Ale bez wymienienia żadnego państwa.

Konferencja wyglądała, jakby miała zaspokoić różne oczekiwania. Wiceprezydent USA Mike Pence kierował swoje wypowiedzi do żądnych krwi jastrzębi, oskarżał ajatollahów o szykowanie kolejnego Holokaustu (to jeszcze krok dalej niż w niedawnym orędziu o stanie państwa Donald Trump, który mówił o reżimie grożącym ludobójstwem narodu żydowskiego), a Europejczykom (Niemcom, Brytyjczykom i Francuzom) wypomniał, że próbują obejść amerykańskie sankcje, wprowadzając w życie Instex, mechanizm finansowy umożliwiający transakcje handlowe z Islamską Republiką.

Premier Beniamin Netanjahu sugerował nawet, że powstaje koalicja chętnych (Izrael i czołowe państwa arabskie) do prowadzenia wojny z Iranem.

Ton deklaracji i atmosfera na zamkniętych spotkaniach były zupełnie inne.