Rozmowa z archiwum tygodnika "Plus Minus"

Gdy się słucha dziś Polaków, to można mieć wrażenie, że za czasów PRL wszyscy byli opozycjonistami i nikt nie wierzył reżimowej propagandzie.

Wojciech Roszkowski:

To bardzo duże uproszczenie, bo przecież w szczytowym okresie PZPR – jakoś pod koniec lat 70. – do partii należały ponad 3 miliony ludzi. Sami działacze stanowili więc dość sporą grupę, a z rodzinami jeszcze większą. Polacy w jakiejś mierze musieli być więc podatni na propagandę. Ten temat jest jednak o tyle niewdzięczny, że nie przeprowadzano żadnych badań statystycznych, na ile ludzie wierzyli propagandzie, a na ile nie. Ponadto propaganda zawierała przecież różne treści – w jedne wierzono bardziej, w inne mniej. Jedno ze sztandarowych haseł mówiło o tym, że tylko PRL jest w stanie utrzymać Ziemie Zachodnie i Północne, bo gwarantem granic Polski jest Związek Radziecki. Ta teza łatwiej trafiała do odbiorcy niż przekonywanie, że zbrodni w Katyniu dokonali Niemcy.

Jak wyglądały początki komunistycznej propagandy w Polsce?

Resort Informacji i Propagandy powstał już w Polskim Komitecie Wyzwolenia Narodowego, czyli pierwszym komunistycznym rządzie z lipca 1944 roku. Komunistom zależało na dyskredytacji Armii Krajowej, rządu londyńskiego i wszystkich innych sił niepodległościowych. Zgodnie z tezami manifestu PKWN wmawiali więc ludziom, że tylko oni są legalną władzą na terenie Polski, a ponieważ w tamtym okresie na terenie Polski jedynie oni dysponowali silnym aparatem propagandy, rząd londyński był w bardzo niekorzystnej sytuacji.

Autopromocja
Nowość!

Trzy dostępy do treści rp.pl w ramach jednej prenumeraty

ZAMÓW TERAZ

Dziś wydaje nam się niemożliwe, jak ktoś mógł zbudować narrację, w której bohater wymierzonego przecież w Niemców Powstania Warszawskiego jest tak naprawdę niemieckim szpiegiem

Jednak po konferencji jałtańskiej, w czerwcu 1945 r. Stanisław Mikołajczyk, były premier rządu RP na uchodźstwie, wszedł do stworzonego przez komunistów Tymczasowego Rządu Jedności Narodowej.

I wtedy ten rodzaj propagandy trochę zelżał, z tym że właściwie natychmiast zaczęła się propaganda wymierzona w partię Mikołajczyka, czyli w PSL. Twierdzono, że popiera ona podziemie zbrojne i że jest za oderwaniem Ziem Zachodnich i Północnych. Wszystkie te kłamstwa były prezentowane niezwykle agresywnie, zwłaszcza w kampanii przed referendum z czerwca 1946 r. i przed wyborami do Sejmu Ustawodawczego ze stycznia 1947 r. Pamiętajmy, że istniał już wówczas GUKPPiW, czyli Główny Urząd Kontroli Prasy, Publikacji i Widowisk, więc wszystkie materiały publikowane oficjalnie były cenzurowane. PSL nie mógł się więc bronić nawet na łamach swojej „Gazety Ludowej".

Na ile skuteczna mogła być wczesna propaganda komunistyczna?

Pamiętajmy, że po wojnie mieliśmy w Polsce zupełnie inne społeczeństwo. Były masy politycznych analfabetów, do których łatwo trafiały hasła sprawiedliwości społecznej czy demokracji ludowej. Widać to zresztą było po masowym napływie członków do PPR, a potem do PZPR.

To nie byli koniunkturaliści, którzy szli do partii tylko po to, by robić karierę?

Zapewne to była główna przyczyna zapisywania się do partii, ale na pewno wielu ludzi w jakiejś mierze było podatnych na komunistyczną propagandę. To prawda, że do PPR i PZPR w latach 40. i 50. rzadko zapisywali się ludzie z górnych szczebli drabiny społecznej. Jednak potem, za Gierka, także i inteligencja dała się złapać na propagandowe hasła o dziesiątej potędze gospodarczej świata. Nie sądzę co prawda, by ci ludzie głęboko wierzyli w komunizm, ale na pewno uwierzyli, że poprzez aktywność partii można zrobić coś dobrego dla Polski. W ideę komunizmu mogli natomiast wierzyć młodsi, wychowani w Związku Młodzieży Polskiej, bo tam indoktrynacja bardzo mocno podkręcała atmosferę.

Mówił pan o walce z reakcją, z PSL, a kiedy propaganda komunistyczna zajęła się czymś pozytywnym?

Rzeczywiście na początku było to głównie dyskredytowanie przeciwników, ale już w 1948 r. propaganda zaczęła się zajmować rozwojem gospodarczym. Pojawiły się znaczki pocztowe z robotnikami i napisem „Naprzód do walki o plan 6-letni!". W ogóle plan 6-letni stał się głównym tematem propagandy przełomu lat 40. i 50. Nie można jednak mówić, że zaangażowanie Polaków w odbudowę kraju było efektem komunistycznej propagandy, bo dla społeczeństwa po wojnie była to po prostu oczywistość.

Władze skuteczną odbudowę kraju przedstawiały jako wyraz poparcia dla swojej polityki.

Może nawet sami komuniści zaczęli wierzyć, że szybka odbudowa oznacza, iż ludzie są za nimi. Oczywiście to była nieprawda, bo ludzie nie odbudowali kraju dla nowej władzy, tylko dla siebie. Bardzo silna propaganda polityczna pojawiła się w Polsce natomiast przy okazji głośnych procesów politycznych w czasach stalinizmu. Przypomnijmy, że komuniści oskarżali działaczy niepodległościowych o współpracę z Niemcami. We wszystkich gazetach można było codziennie przeczytać o kolaborantach. Dziś wydaje nam się niemożliwe, jak ktoś mógł zbudować narrację, w której bohater wymierzonego przecież w Niemców Powstania Warszawskiego jest tak naprawdę niemieckim szpiegiem. Jak można było wmawiać ludziom, że powstanie wybuchło w porozumieniu z Niemcami? To było absurdalne i zapewne równie mało skuteczne jak głoszenie, że zbrodni w Katyniu dokonali Niemcy.

Z tym że podobne oskarżenia powtarzało wielu przyszłych opozycjonistów. Dla przykładu biskupa Czesława Kaczmarka, jako kolaboranta i amerykańskiego szpiega, atakowało środowisko Stowarzyszenia PAX, z późniejszym premierem Tadeuszem Mazowieckim na czele.

Wielu działaczy katolickich koniunkturalnie przyklaskiwało władzy, bo przecież poparcie dla jej działań było warunkiem ich obecności w ówczesnym życiu publicznym. Niektórym, bardziej ambitnym, jak np. szefowi PAX Bolesławowi Piaseckiemu, chodziło też o udział we władzy, ale inni po prostu powtarzali komunistyczne kłamstwa po to, by móc działać, wydawać gazety i prowadzić różne instytucje. Smutne, że wśród nich pojawił się także przyszły pierwszy premier III Rzeczypospolitej...

Skoro katolickie autorytety powtarzały te kłamstwa, to czy zwykli ludzie nie zaczynali w nie wierzyć?

Mam wrażenie, że prostego człowieka trudniej było komunistom oszukać niż na przykład młodą inteligencję. Inteligencja twórcza miała przecież wiele do stracenia, bo cała praca zawodowa tych ludzi zależała od łaski i niełaski miłościwie panujących. Cenzura działała przecież wszędzie. Szymborska i Mrożek tłumaczyli po latach, że byli młodzi i głupi, i rzeczywiście uwierzyli komunistom. Jednak nigdy się nie dowiemy, kto rzeczywiście wspierał komunistów z pobudek ideowych, a kto z oportunizmu.

Przychodzi 1956 rok i odwilż gomułkowska. Jak komunistyczna propaganda wyjaśnia zmianę linii?

Po śmierci Stalina partia się bardzo podzieliła, a narzędzia propagandy przejęli umiarkowani działacze, czyli „puławianie". Lansowali oni hasła demokratyzacji socjalizmu, co się bardzo podobało Polakom. Z drugiej strony byli przeciwni liberalizacji systemu „natolińczycy", którzy próbowali kontratakować. Obawiano się nawet, że w porozumieniu z sowietami przeprowadzą pucz i przejmą władzę. I w takiej atmosferze wyłoniono Władysława Gomułkę na nowego przywódcę partii. Ludziom spodobały się jego zapowiedzi dekolektywizacji systemu i zakończenia walki z Kościołem. Nigdy w PRL żaden przywódca nie miał tak wielkiego poparcia jak w 1956 roku Gomułka. Oczywiście nie wszyscy mu wierzyli, bo w końcu to on kierował PPR w latach 40., za najgorszych dla tej formacji czasów. Wielu Polaków przyjęło jednak jego program jako zapowiedź większej swobody, pojawiania się przestrzeni wolności, którą będzie można wykorzystać. Pierwszy rok rządów Gomułki był olbrzymim sukcesem komunistycznej propagandy.

Na łamach „Rzeczpospolitej" Zbigniew Gluza, prezes Ośrodka Karta, opowiadał niedawno, jak w 1968 roku prości ludzie na wsiach żywiołowo żegnali polskich żołnierzy jadących spacyfikować Praską Wiosnę; jak kładli kwiaty na czołgach i zgodnie z komunistyczną propagandą krzyczeli, by żołnierze szli ratować Polskę.

Pamiętam atmosferę tamtych czasów. O inwazji na Czechosłowację dowiedziałem się na wczasach pracowniczych i wiem, że zgromadzeni tam zwykli ludzi mieli raczej poczucie, że dzieje się coś niedobrego. Na wieść o ataku posmutnieli i zapanowała długa cisza. Trudno więc mi uwierzyć, że relacje żołnierzy, na które powołuje się pan Gluza, są reprezentatywne dla całego ówczesnego społeczeństwa. Nie przypominam sobie, bym w 1968 r. widział choć jeden odruch poparcia dla tej inwazji. Nikt się oczywiście nie wychylał, by jakoś głośno to krytykować, ale nie oznacza to od razu, że ludzie uwierzyli w komunistyczną propagandę.

Samospalenia Ryszarda Siwca podczas dożynek w 1968 roku na szczelnie wypełnionym Stadionie Dziesięciolecia podobno nikt nawet nie zauważył. Nikogo nie obchodziło, że ten ktoś protestuje przeciwko inwazji na Czechosłowację.

To o niczym nie świadczy, bo na stadionie podczas dożynek była zdecydowana nadreprezentacja aktywu partyjnego i ludzi przekonanych do władzy. O takich wydarzeniach jak samospalenie Siwca praktycznie nikt się nie dowiadywał, Wolna Europa poinformowała o tym dopiero parę miesięcy później. Zresztą polskie źródła Wolnej Europy zaczęły dobrze działać dopiero w latach 70. Rzecz jasna nie chcę stawiać tezy odwrotnej – że wszyscy Polacy potępili atak na Czechosłowację – ale twierdzenie, że władza komunistyczna panowała nad świadomością zbiorową, na pewno jest mocno przesadzona. To żegnanie czy witanie polskich żołnierzy można by pewnie porównać do protestów przeciwko „warchołom" strajkującym w Ursusie i Radomiu w roku 1976...

... Które też gromadziły tłumy.

Ale wszystko to było zaplanowane z góry. Na te wiece ludzie szli prosto z zakładów pracy i nawet trzeba było podpisać listę obecności. Oczywiście byli tacy, którzy spontanicznie podłapywali komunistyczne hasła, ale byli przecież też ludzie, którzy entuzjastycznie witali Armię Czerwoną.

Jak peerelowska propaganda tłumaczyła społeczeństwu robotnicze strajki ?

Dziś pamiętamy tylko strajki z 1956, 1970, 1976 i 1980 roku, ale przecież one wybuchały częściej. Nawet pod koniec lat 40. i na początku lat 50. Tyle że wówczas informacji o protestach robotników po prostu nie podawano i były one brutalnie tłumione: przywódców aresztowano, a lokalnym załogom podsypywano trochę żywności. Ciekawostką jest, że na Górnym Śląsku strajki gasił w tamtych czasach Edward Gierek. On, zanim został pierwszym sekretarzem PZPR w Katowicach, był bardzo skuteczny przy gaszeniu strajków w kopalniach.

Z czasem podejście komunistów do strajków się zmieniało?

Nie, ale strajkować zaczęto na większą skalę. O małych strajkach praktycznie nikt się nie dowiadywał, ale już strajku w Cegielskim w Poznaniu z 1956 roku nie dało się przemilczeć, bo on przerodził się w ogromną demonstrację uliczną. Władza zresztą zaniedbała moment początkowy, bo tam przyjechał jakiś mało znaczący zastępca, zachowywał się arogancko wobec załogi, która miała wtedy postulaty tylko gospodarcze. Czara goryczy się przelała, gdy bonzowie partyjni podczas wizyty w Cegielskim zafundowali sobie bardzo wystawny bankiet. Robotnicy – jak doszło to do ich uszu – po prostu się wściekli i następnego dnia wyszli na ulice. A wtedy zaczęła się już demonstracja patriotyczna: śpiewano „My chcemy Boga", niesiono polskie flagi. Lekceważąc strajk o podłożu ekonomicznym, władza sama sobie zgotowała wystąpienia polityczne.

Jak komentowały to peerelowskie media?

Komuniści, zamiast łagodzić, zaatakowali strajkujących. Prasa następnego dnia informowała o „knowaniach amerykańskiego imperializmu i zachodnioniemieckiego rewizjonizmu". W 1970 roku było podobnie: mówiono, że to Niemcy mieszali na Wybrzeżu, bo chcieli oderwać Ziemie Zachodnie i Północne. A w roku 1980 władza zupełnie już się pogubiła i pozwoliła na pełzające strajki w całej Polsce. W dodatku próbowała gasić je podwyżkami pensji, czyli de facto dolewała oliwy do ognia, bo te zakłady, który do tej pory nie strajkowały, zaczynały strajkować, aby też otrzymać podwyżki. Wtedy propaganda zachowywała się dosyć dziwnie, bo informowała jedynie o „lokalnych przerwach w pracy". W Lublinie stanęła przecież cała komunikacja publiczna, ale wciąż udawano, że były to tylko jakieś nieszkodliwe przerwy... Komunistyczna propaganda była oczywiście różna w różnych okresach i były też czasy, gdy niektóre hasła były całkiem skuteczne.

Na przykład jakie?

Dobrze zadziałało hasło „drugiej Polski", wymyślone za czasów Gierka, na początku lat 70. Ten slogan pociągnął inteligencję. Tylko że z czasem obrócił się przeciwko władzy i popularne stało się powiedzenie, że „mieliśmy budować drugą Polskę, a pierwsza zdechła". Krótko mówiąc, propaganda sukcesu lat 70. – bodajże najskuteczniejszy okres komunistycznej indoktrynacji – rykoszetem uderzyła w samą władzę. Ludzie stracili do komunistów jakiekolwiek zaufanie, co widać było w czasie strajków w 1980 r. Robotnicy czuli się koszmarnie oszukani.

Strajki sierpniowe i okres „Solidarności" to czasy, gdy społeczeństwu wmawiano, że Polsce grozi wojna domowa.

To był argument wyjątkowo mało skuteczny. Inaczej było z sugestią, że grozi nam sowiecka inwazja – w to ludzie wierzyli bardzo mocno. Nie wszyscy działacze opozycji przyznają dziś, że wtedy obawiali się interwencji, ale myślę, że było inaczej. Niektórzy się zresztą do obaw przyznawali. Pamiętam zresztą swoją rozmowę z pisarzem i historykiem Bohdanem Cywińskim, który przed stanem wojennym mówił, że jesteśmy w impasie: przegramy, to niedobrze, wygramy, to może być jeszcze gorzej, bo wejdą „ruscy". Z drugiej strony w stanie wojennym opór podziemnej opozycji był poważny, więc na pewno nie wszyscy się bali inwazji.

Komuniści ciągle straszyli „ruskimi".

Gdyby „Solidarność" zupełnie uszy po sobie położyła, to represje byłyby na pewno większe. Niestety, w naszej historii już tak jest, że jak się stawiamy, to jest źle, ale jak się nie stawiamy, to jest tylko gorzej. Tak samo bez Powstania Warszawskiego mogłoby być gorzej, choć dziś wielu twierdzi, że ten zryw na pewno był niepotrzebny...

Wracając do propagandy, to jak ona wyglądała w czasach „Solidarności"?

Od 1976 r. sytuacja gospodarcza się pogarszała. Prosty człowiek może nie miał świadomości, że dostaliśmy 20 miliardów dolarów pomocy z Zachodu i wszystko zostało utopione, a gospodarka się wali, ale dla inteligencji, również tej partyjnej, było to jasne. Pamiętam spotkania z członkami PZPR na uczelni na wiosnę 1980 roku. Oni nie podejmowali rozmowy, milczeli, bo widzieli już, że program partii na rok 1980 to tylko stek sloganów, z których nic nie wynika. W gruncie rzeczy oni się nawet bali, co to dalej z nimi będzie...

PRL jednak przetrwał jeszcze prawie dekadę.

Propaganda działała na całego: „Solidarność" przedstawiana była jako winna upadku gospodarki, jako siła warcholska, anarchiczna. To oczywiście nie było prawdą, bo rocznik GUS pokazywał jak na dłoni, że „przestrajkowano" ułamek procenta tego, co przepracowano, a gospodarka i tak zmalała o kilkanaście procent. Dla szerokich kręgów partyjnych taka propaganda mogła być jednak wiarygodna, bo oni nigdy za bardzo nie przejmowali się faktami. Niedługo później, w latach 1983–1984, powróciła najbardziej złośliwa, zjadliwa i nienawistna propaganda. Władza znowu organizowała konferencje o tym, jak amerykański imperializm zagraża światu, jak świat jest na krawędzi wojny itp.

To był jeden z gorętszych okresów zimnej wojny.

Ja tych konferencji nie wyśmiewam, bo szczególnie 1983 rok był bardzo niebezpieczny. NATO próbowało wtedy przeciwstawiać się przewadze sowieckiej w rakietach średniego i dalekiego zasięgu, jednak pacyfistyczne demonstracje na Zachodzie nieomal tego nie umożliwiły. Wtedy ZSRR zachował się kompletnie idiotycznie, bo zestrzelił południowokoreański samolot pasażerski, co odwróciło nastroje społeczne w Zachodniej Europie i wzmocniło argumenty NATO. Komunistyczna propaganda wojenna lat 1983–1984 miała więc pewne podstawy, ale dla społeczeństwa była zabójcza. Doszło do tego, że każdy, kto przeciwstawiał się władzy, ryzykował oskarżenie o szpiegostwo na rzecz amerykańskiego imperializmu – zupełnie jak za stalinizmu.

W końcu jednak ta propaganda zelżała?

Jak nastał Gorbaczow, czyli w 1986 roku. Propaganda przedstawiała Gorbaczowa w bardzo pozytywnym świetle, jak wszystkich radzieckich przywódców. Jednak co polscy partyjniacy myśleli o nim tak naprawdę, to trudno dziś odtworzyć. Wiemy na pewno, że niektórzy uważali, iż pieriestrojka doprowadzi do podobnej sytuacji jak obecnie w Chinach: że uda się zreformować gospodarkę bez reformy systemu politycznego. To była dość naiwna wiara, w końcu po dwóch latach reform w Związku Sowieckim nic takiego nie następowało, a w PRL przecież hasła pierestrojki już wcześniej skończyły się tylko dalszym wyhamowywaniem gospodarki i pogorszeniem się zaopatrzenia. Propaganda pierestrojki słabo więc u nas działała, może z wyjątkiem tego, że ośmielała opozycję.

Ustawa Wilczka z 1988 roku oficjalnie przyzwoliła na prywatną działalność i już nie wszystko wyglądało tak ponuro.

Minister Mieczysław Wilczek właściwie wprowadził wolność gospodarczą w Polsce: zaczęły działać firmy polonijne, a premier Mieczysław Rakowski w praktyce uruchomił prywatyzację, ale to nie odbiło się znacząco na położeniu materialnym szarego człowieka. Dodajmy do tego, że referendum z 1987 roku, dotyczące programu uzdrowienia gospodarki, było wręcz katastrofą propagandową. Komuniści zadali pytanie: „Czy jesteś za pełną realizacją przedstawionego Sejmowi programu radykalnego uzdrowienia gospodarki, zmierzającego do wyraźnego poprawienia warunków życia, wiedząc, że wymaga to przejścia przez trudny dwu-, trzyletni okres szybkich zmian?". Ludzie uwierzyli komunistom, że stopa życiowa spadnie, ale nie uwierzyli, że potem nastąpi jakakolwiek poprawa. Wiedzieli, że Jaruzelski podczas stanu wojennego mógł wprowadzać reformy na bagnetach, a jednak nie zrobił tego. Jedynie wprowadził w 1982 roku podwyżkę, która zabrała ludziom 25 proc. siły nabywczej.

Komuniści naprawdę nigdy nie nauczyli się skutecznego zarządzania kryzysowego?

Były jakieś próby, szczególnie za Gierka. On potrafił rozmawiać z ludźmi, zresztą do dziś pamiętamy jego „Pomożecie? – Pomożemy!". Ale to było zarządzanie kryzysowe na mniejszą skalę. Dziś to wszystko jest znacznie bardziej rozbudowane i wyrafinowane: socjotechnika, PR, przykrycia, przemilczenia, wyolbrzymiania...

Prof. Wojciech Roszkowski jest historykiem i ekonomistą, wykłada w Szkole Głównej Handlowej i na Collegium Civitas w Warszawie. Jest członkiem Rady Centrum im. Adama Smitha. W latach 2004–2009 był europosłem wybranym z listy PiS. W okresie PRL związany z Polskim Porozumieniem Niepodległościowym. W 1982 opublikował w II obiegu pod pseudonimem Andrzej Albert „Historię polityczną świata po 1945 roku"