Kampanie wyborcze zawsze służą obietnicom bez pokrycia. Ta nadchodząca wydaje się temu sprzyjać wyjątkowo. Politycy większości partii prześcigają się w zobowiązaniach socjalnych. Zapowiadają powrót do poprzednich przepisów o wieku emerytalnym, dopłaty dla najgorzej zarabiających, podniesienie płacy minimalnej itp.
Ekonomiści pieczołowicie wyliczają, jakie będą koszty tych operacji i co to będzie oznaczało dla budżetu. Trudno mieć wątpliwości, że zwiększenie rozchodów musi oznaczać wyższe wpływy budżetowe, a więc zwiększenie obciążeń dla firm bądź podatników albo, co najbardziej prawdopodobne, dla jednych i drugich. W reformę systemu finansowego państwa czy uszczelnienie sfery fiskalnej w krótkim terminie jakoś nie chce mi się wierzyć.
Jaki będzie efekt? Mniejsza konsumpcja i zwiększenie kosztów pracy, czyli jednego z niewielu atutów, które mamy wobec coraz bardziej konkurencyjnego świata.