Media publiczne także tracą: autorytet i popularność, bo zostały zaprzęgnięte w służbę propagandy. To nie nowość. Każda władza stoi przed taką pokusą. I grzeszy, ile wlezie. A teraz padają kolejne bastiony. – Muzyka nie jest ani PiS-owska, ani platformerska, jest po prostu polska – pięknie mówił Jacek Kurski w TVP, tłumacząc, że firma, którą prowadzi, została skrzywdzona przez prezydenta Opola, który wypowiedział umowę dotyczącą festiwalu. Prezydent uznał, że skoro artyści bojkotują imprezę, nie może zostać zrealizowany plan zapisany w umowie z TVP i festiwal udać się nie ma prawa. Bojkot miały wywołać ingerencje kierownictwa TVP w listę artystów występujących w jubileuszowym koncercie Maryli Rodowicz. Kurski nazwał całą historię „fake newsem" i zwykłą nieprawdą. – Z tymi bojkotami jest tak – mówił prezes – że wycofało się 15, maksimum 19 artystów, a buduje się na tym co najmniej setka, którzy nie odniósłszy sukcesów scenicznych, próbują zaistnieć w ramach wpisania się w ten skandal – pocieszał widzów.

Wiadomo od zawsze, że w takich sporach dużo jest emocji, wynikających z nadmiernej wrażliwości twórców. Może było tak i tym razem. Ale prezes TVP powinien mieć lepsze wyczucie sytuacji. Kiedy tylko pojawiły się informacje o bojkocie, powinien rzucić się do rozmów z artystami. A najlepiej, gdyby trzymał standard i nie sterował politycznie tak ważną dla ludzi instytucją.

Przy każdej zmianie władzy pracę tracą dziennikarze, reporterzy, wydawcy. Przychodzą nowi, „zaufani i sprawdzeni". Ale to nie musi oznaczać, że widzowie stracą ulubione programy, że nie odbędą się wielkie imprezy, do których są przyzwyczajeni, i że programy informacyjne cofną nas propagandowo do epoki Gierka. Jestem przekonana, że o ofiary we własnym środowisku muszą upominać się sami dziennikarze, bo dopóki tak się nie dzieje, każda władza będzie dzielić i rządzić mediami publicznymi, jak chce. Ale żeby doprowadzić do sytuacji, w której widzowie tracą Festiwal w Opolu? To niewyobrażalna wpadka. I jest za nią odpowiedzialny prezes, nawet gdyby założyć, że artyści byli mu nieżyczliwi, a prezydent Opola wręcz wrogi. Na marginesie warto zresztą dodać, że poziom dziennikarstwa zaprezentowany przez prowadzącą w poniedziałek rozmowę z prezesem jeszcze bardziej chyba obciąża władze TVP niż szarża jej prezesa na mniej lub bardziej mitycznych wrogów.

Dziennikarka zapytała np. dociekliwie, czy postawa prezydenta Opola wynika z tego, że należał on do komitetu poparcia Bronisława Komorowskiego. Pytanie było sugerujące, ale dopuszczalne. Z napięciem czekałam na następne, ale nie padło. Prezydent Opola Arkadiusz Wiśniewski był bowiem także związany z ugrupowaniem, które tworzył prezes Kurski, czyli z Solidarną Polską, a w szczególności z obecnym wiceministrem sprawiedliwości Patrykiem Jakim, z którym miał nawet wspólne plakaty wyborcze. Ten szczegół na antenie TVP się nie pojawił.

Kolejna granica dobrego smaku została przekroczona w Polskim Radiu. Prezes tej instytucji Jacek Sobala otwarcie przyznał, że wyrzucił dwóch dziennikarzy z PR24 za to, że dopuścili do obecności na antenie gościa, z którym prezes się nie zgadza.

Chodzi wicedyrektora PR24 Krzysztofa Gottesmana (stracił stanowisko i został przeniesiony do Dwójki) i prowadzącego Filipa Memchesa (nie przedłużono z nim umowy). „Niesłusznym" gościem był natomiast prof. Jan Hartman, wojowniczy ateista i wróg PiS, który zresztą występował tylko przez kilka minut za pośrednictwem telefonu. W obronie kolegów, znanych z konserwatywnych przekonań i zatrudnionych w radiu jako desant partii rządzącej, stanęli prawicowi dziennikarze. Z tekstu Piotra Zaremby na stronie wPolityce.pl dowiedziałam się przy okazji, dlaczego PR24 pożegnało się ze mną... Zdaniem Zaremby chodziło o krytyczną opinię wyrażoną przeze mnie na łamach „Rzeczpospolitej" na temat Antoniego Macierewicza. Decyzję o tym, że nie będę już prowadzić debaty w PR24, zakomunikował mi na korytarzu wyraźnie zdenerwowany Krzysztof Gottesman, który stanowisko stracił trzy tygodnie później... Ale przyczyn mi wtedy nie podano.

Wszystko to pachnie PRL-em. Dziennikarze i artyści byli wtedy wprost zależni od władzy i stanowili strategiczną grupę komunikującą się ze społeczeństwem, która była wnikliwie sprawdzana i monitorowana przez rządzących. Teraz jednak mamy coś na kształt pluralizmu. Jest internet i prywatne stacje TV oraz gazety. Szkoda tylko, że nie ma kierujących się misją mediów publicznych.