Według niemieckiego urzędu statystycznego po raz pierwszy od kilkudziesięciu lat więcej Polaków opuściło Niemcy, niż do nich przyjechało. Od ponad stulecia Polacy przyjeżdżali do bogatego sąsiada w poszukiwaniu zarobku i lepszego życia. Często przenosząc się na stałe, jeszcze częściej czasowo, by dorobić do nędznego dochodu, który mieli w kraju (nawet słynne określenie „wyjazd na saksy” bierze się od popularnych w XIX wieku masowych wyjazdów do prac polowych do Saksonii). Kiedy w latach 80. ubiegłego wieku zaczynałem pracę jako asystent na uniwersytecie, dwumiesięczny wyjazd na saksy mógł pozwolić na zarobienie i zaoszczędzenie równowartości co najmniej dwuletniej polskiej pensji. Mimo że praca była nielegalna i z niemieckiego punktu widzenia niezwykle nisko płatna. O takim drobiazgu, że poniżej kwalifikacji, już nie wspominając.
Ale historia polskiej emigracji to nie tylko Niemcy. Przez ponad dwa wieki Polska była wręcz symbolem kraju, z którego ludzie musieli wyjeżdżać. Zaczęło się od emigracji politycznej, po przegranych powstaniach, potem przyszła głównie emigracja ekonomiczna. Głodująca Galicja dostarczyła milionów mieszkańców Stanów Zjednoczonych, setki tysięcy Polaków wyjechały za chlebem do Brazylii, Argentyny, Kanady, Niemiec i Francji. Kolejna wielka fala wyjazdów wiązała się z upadkiem gospodarki komunistycznej: w latach 80. ubiegłego wieku opuścił Polskę milion osób (jak się wtedy mówiło, ostatni, który wyjedzie, niech zgasi światło). I wreszcie w roku 2004 spełniło się marzenie kolejnych 2 milionów ludzi, którzy natychmiast skorzystali z prawa do legalnej pracy i swobodnego osiedlenia się w całej Unii, w pierwszej kolejności wybierając Wielką Brytanię. Według Wikipedii w wyniku tych fal emigracji po świecie rozlane jest dziś ponad 20 milionów Polaków.
I nagle, w ciągu kilkunastu lat, wszystko się zmieniło. Kiedy Polska wstępowała do Unii, przeciętna brytyjska płaca była ponadsześciokrotnie wyższa niż w Polsce (po uwzględnieniu wyższych kosztów życia – dwuipółkrotnie wyższa), a bezrobocie w Polsce przekraczało 20 proc. (wśród młodzieży ponad połowę). Dziś brytyjska pensja po uwzględnieniu kosztów życia jest już tylko o 13 proc. wyższa (oczywiście jeśli ma się pracę zgodną z kwalifikacjami, co dla imigranta nie jest takie proste), a bezrobocie jest niemal dwukrotnie wyższe niż w Polsce. W podobnie spektakularny sposób spadła opłacalność emigracji zarobkowej do Niemiec.
Jednocześnie zwiększał się strumień osób kierujących się do Polski, początkowo głównie z Ukrainy i Białorusi. W ciągu jednej dekady kraj, który był symbolem emigracji, zmienił się w kraj, do którego więcej osób przyjeżdża, niż z niego wyjeżdża (stało się to na kilka lat przed wybuchem wojny, która przyniosła nam również falę uciekinierów). Jednym słowem, zamożny kraj, do którego coraz więcej ludzi ciągnie w poszukiwaniu lepszego życia.
Czy Polacy są z tego powodu szczęśliwi? Nic podobnego. Nieco ponad 20 lat temu obawialiśmy się, że z pozbawionego perspektyw kraju wyemigruje większość młodzieży. Dziś emigracja niemal ustała, za to jedna czwarta Polaków wskazuje jako jedno z głównych swoich zmartwień imigrację. No cóż, każdy ma takie zmartwienia, na jakie sobie zasłużył.
Witold M. Orłowski
główny doradca ekonomiczny PwC w Polsce, wykładowca Politechniki Warszawskiej