– Wpływ wojny na gospodarkę krajów Zatoki nie jest jednolity. Niektóre kraje zanotowały gwałtowne pogorszenie sytuacji na rachunku bieżącym. Inne, wprost przeciwnie, wychodzą niemal obronną ręką, korzystając z wyższych cen surowców energetycznych – uważa Jason Tuvey, analityk rynków wschodzących w Capital Economics. I wskazuje, że w tej wojnie najbardziej ucierpiały Kuwejt, Katar oraz Bahrajn, głównie z powodu wstrzymania eksportu surowców energetycznych. W wypadku tych krajów tegoroczny PKB będzie niższy o 20, a nawet 30 proc. w porównaniu z 2025 r.
Z kolei Zjednoczone Emiraty Arabskie czy Oman – mimo utraty wizerunku krajów skutecznie dywersyfikujących gospodarkę, stawiających na rozwój turystyki i sektora usług – oraz Arabia Saudyjska, wyraźnie już korzystają z powodu przekierowania bliskowschodnich szlaków handlowych.
– Przerwanie naturalnej drogi transportu dla eksportu przez Cieśninę Ormuz gwałtownie zmniejszyło możliwości eksportu surowców energetycznych. To właśnie kraje, które korzystały wyłącznie z tej drogi transportu, jako jedynego szlaku handlowego, ucierpiały najbardziej – uważa Jason Tuvey. I wskazuje, że w przypadku Kuwejtu eksport ropy naftowej w marcu i kwietniu spadł aż o 97 proc. Z kolei w przypadku Kataru eksport LNG zmniejszył się w tym okresie o 91 proc.
Inaczej było w przypadku Arabii Saudyjskiej i Zjednoczonych Emiratów Arabskich, które były w stanie przekierować swój eksport. Ale i w przypadku tych dwóch krajów nie było możliwe pełne zastąpienie transportu przez Ormuz rurociągami prowadzącymi do Morza Czerwonego. Ta droga zresztą także nie była pozbawiona ryzyka, bo w każdej chwili w konflikt mogli się wmieszać wspierający Iran jemeńscy Huti, którzy jednak szybko zostali zmitygowani przez Amerykanów.
– To nie oznacza jednak, że możliwości eksportowe ZEA i Arabii Saudyjskiej nie ucierpiały. Drogi alternatywne mają poważne ograniczenia i w przypadku obu krajów eksport spadł o 40-50 proc. – wskazuje analityk Capital Economics.
Ucierpiały nie tylko ropa i gaz
W najlepszej sytuacji znalazł się Oman, który nie jest zmuszony do korzystania z Cieśniny Ormuz. W przypadku tego kraju eksport ropy i gazu odbywał się praktycznie normalnie. To ważne, ponieważ eksport ropy i gazu wypracowuje 30 proc. PKB i pokrywa 70 proc. wydatków budżetowych Omanu. W przypadku Kataru jest to odpowiednio 60 i 80 proc. Dla ZEA, zależnie od emiratu 25-30 proc., w Arabii Saudyjskiej 50-55 proc., dla Kuwejtu 60 proc. i 90 proc., w przypadku Bahrajnu – 15 proc. i 70 proc.
Tyle że ta wojna, w sposób oczywisty dotknęła nie tylko sektor energetyczny. Ucierpiały także przemysł oraz branża turystyczna. Jak wyliczył Capital Economics tylko branża transportowa w tych krajach straciła już przynajmniej 300 mld dol. I traci nadal, mimo zapewnień, że Bliski Wschód jest już bezpieczny i można przynajmniej bez obaw tamtędy latać. Bo tak nie jest.
Te 300 mld stanowią 10 proc. PKB w krajach Zatoki. W tym przypadku to Zjednoczone Emiraty Arabskie oraz Katar ucierpiały najbardziej. Wybudowały lotniska-pałace, przygotowały doskonałą infrastrukturę dla dłuższych i krótszych wakacji, zapraszały na wypoczynek i zwiedzanie także w czasie lotów przesiadkowych. To wszystko, przynajmniej na jakiś czas, zostało utracone.
Zmniejszyła się zresztą cała aktywność gospodarcza w krajach Zatoki, fatalne nastroje konsumentów zdołowały popyt wewnętrzny. Najmniej ma to być odczuwalne w Arabii Saudyjskiej i w ZEA.
Przydają się odłożone pieniądze
Sytuacja krajów, które rykoszetem ucierpiały w tej wojnie, byłaby znacznie gorsza, gdyby nie to, że nawet inwestując w najbardziej szalone pomysły, takie jak budowanie najwyższych budynków czy ogrodów tropikalnych na pustyni, znaczną część z pieniędzy zarabianych na ropie i gazie przelewały na narodowe fundusze inwestycyjne. Pod koniec 2025 r. na tych kontach zgromadzonych było 5,6 bln dol., najwięcej oczywiście na saudyjskim Public Investment Fund – 1,15 bln.
A w pierwszych 9 miesiącach 2025 r. arabskie pieniądze wykorzystywano przy 40 proc. inwestycji na świecie. Te pieniądze także gwarantowały stabilność walut regionu.
Teraz jest oczywiste, że arabski udział w światowych inwestycjach będzie mniej intensywny, niż dotychczas, ponieważ pieniądze są potrzebne przede wszystkim w kraju. Kilka dni temu emir Dubaju Mohammed bin Raszid Al Maktum, premier ZEA, zatwierdził pakiet ustaw zobowiązujących do inwestowania w rozwój inwestycji w przemyśle. Na ten cel, na początek, przeznaczono ponad 270 mln dol. z National Industrial Resilience Fund, jednego z państwowych funduszy inwestycyjnych Dubaju.
Nie ma jednak obaw, że arabskie pieniądze już zainwestowane bezpiecznie na świecie, będą stamtąd w pośpiechu wycofywane. Tyle że nowych pieniędzy z Bliskiego Wschodu będzie, przynajmniej w tym roku, mniej.