– My zawsze odnosiliśmy się (…) i dziś z ogromnym szacunkiem odnosimy się do ukraińskiego narodu, kultury, języka i literatury i tak dalej – powiedział prezydent Rosji, który niedawno negował w ogóle istnienie ukraińskiego narodu.

Do wypowiedzenia tych słów zmusiła go seria porażek na froncie. Rozpoczęty na początku września ukraiński atak w regionie charkowskim cały czas trwa, dotarł już do obwodu ługańskiego. „Ukraińcy chcą przeciąć drogę łączącą Kreminną (centrum rosyjskiej pozycji obronnej – red.) z zapleczem” – alarmują rosyjscy korespondenci wojenni.

Czytaj więcej

Zełenski o prewencyjnym uderzeniu na Rosję

Jednocześnie trwa atak w regionie chersońskim. Po początkowych sukcesach mierzonych dziesiątkami przebytych kilometrów, natarcie utknęło na nowych rosyjskich liniach obrony. Ale atakujący opanowali Snihuriwkę nad rzeką Ingulec, ważny węzeł kolejowy położony około 50 kilometrów na północ od Chersonia. Rosjanie powoli czują się całkowicie odcięci na zachodnim brzegu Dniepru, a zebrano tam najlepsze oddziały desantowe armii. Ukraińcy uszkodzili bowiem mosty przez rzekę i nie można zaopatrywać broniących się.

Oba natarcia powoli jednak tracą impet. Ale Rosjanie zaczynają się denerwować z powodu koncentracji ukraińskich wojsk w regionie zaporoskim. Podejrzewają, że stamtąd mogą wyjść kolejne ataki, a brakuje żołnierzy.

– (Obecnie) mobilizowani to jedyna realna rosyjska rezerwa – sądzi rosyjski analityk Kiriłł Michajłow.

Czytaj więcej

Europejska Wspólnota Polityczna ma stać się europejskim G7. Na razie zajmuje się energią i Putinem

By jednak powołani do wojska 21 września nabrali jakiejkolwiek wartości, muszą przejść co najmniej miesięczne szkolenie. Tymczasem brak żołnierzy spowodował, że prosto z transportów wysyłano ich w okolice Łymanu, byle tylko zatkać dziury we froncie. „Pierwszy oddział poszedł i ze stu ludzi wróciło ośmiu. My się nie damy wysłać” – pisze w sieciach społecznościowych rosyjski żołnierz z jednego z poligonów w okolicach Biełgorodu, bezpośredniego zaplecza frontu.

Jednocześnie rosyjska armia straciła mnóstwo broni i sprzętu (głównie w okolicach Łymanu). Grupa holenderskich analityków Oryx podliczyła (na podstawie dostępnych zdjęć i nagrań wideo), że Ukraińcy zdobyli na Rosjanach więcej broni, niż otrzymali od zachodnich sojuszników. Rosyjski „land lease” (jak nazywają go w Kijowie) to 460 czołgów (z Zachodu dostali 320), 448 bojowych wozów piechoty (od sojuszników – 210) czy 195 transporterów opancerzonych (40 z Zachodu).

– Mamy tak wiele zdobyczy, że nie wiemy, co z nią robić. Nasz oddział zaczynał jako batalion zwykłej piechoty, a teraz najwyraźniej zostaniemy zmechanizowanym – powiedział „Washington Post” Rusłan Andrejko z ochotniczej „Karpackiej Siczy”.

W tej sytuacji Putin szuka prawdopodobnie możliwości chwilowego przerwania działań wojennych, do czasu gdy jego armia trochę się wzmocni. Jednak z nim Kijów nie chce rozmawiać. Szefowa Senatu Walentina Matwijenko próbowała więc w Indonezji – dokąd pojechała na spotkanie parlamentarzystów państw G20 – podjąć rozmowy z obecną tam delegacją ukraińskiej Werchownej Rady. Ale Ukraińcy nawet nie odpowiedzieli na jej propozycję.