Wiem, że rachunki krzywd nigdy do końca nie zostały rozliczone, że Wołyń wciąż boli i nigdy boleć nie przestanie. Wiem również, że w sezonie politycznym, w jaki wchodzimy, zwykłe ludzkie emocje, sympatie czy antypatie muszą ustąpić chłodnej partyjnej kalkulacji, że znów zamiast ludźmi stajemy się elektoratem, pokrojonym przez socjologów i głodnym wyrazistej retoryki.
Dlatego jedni mówią o wojennym zagrożeniu, którego w istocie nie ma. Drudzy też straszą wojną ale za jej sprowokowanie winą obarczają pierwszych. Jeszcze inni zbroją się w tęgie miny ekspertów od Realpolitik i godzą się na „nieuchronność twardych faktów". A kolejni, podchwytując unoszące się jak kurze pierze na wietrze głosy swoich wyborców, bredzą o przystawionym do głowy „świńskim" pistolecie. Wszystko rozumiem, ale są sprawy ważniejsze niż medialne znudzenie i kalendarz wyborczy. Oto za naszą wschodnią granicą rozstrzyga się przyszłość tej części świata. Właśnie dziś, w najbliższych tygodniach, miesiącach naprawdę, nie na niby, waży się, czy sąsiadować będziemy z nieprzewidywalnym, niedemokratycznym postsowieckim imperium czy z przewidywalnym, podzielającym nasze wolnościowe ideały demokratycznym państwem prawa.