Obchodzony 12 czerwca Dzień Rosji jest najważniejszym świętem państwowym w kraju zarządzanym przez Władimira Putina. Na początku nawiązywał do przyjętej w 1990 roku deklaracji o suwerenności państwowej Rosyjskiej Federacyjnej Socjalistycznej Republiki Radzieckiej i miał zupełnie inną konotację. Za rządów Borisa Jelcyna ten dzień jednoznacznie kojarzył się z upadkiem dawnego imperium (i miał inną nazwę), ale od ponad dekady jednoznacznie symbolizuje dążenie Rosji Putina do odbudowy dawnej potęgi. I gdyby Putin zatrzymał się na aneksji Krymu, co wywindowało poparcie dla niego w Rosji do bezprecedensowego poziomu, to mógłby przekazać władzę sterowanej marionetce i dzisiaj beztrosko spoczywać na laurach, siedząc w pierwszym rzędzie na koncercie z okazji Dnia Rosji na Placu Czerwonym.

Czytaj więcej

Ukraińskie drony paraliżują wakacje Rosjan. Krym bez paliwa, chaos na lotniskach

Putin wybrał inną drogę. Co roku przekonuje rodaków, że jego „osaczony przez wrogów” kraj „będzie walczyć do zwycięstwa”. Nie chce zmierzyć się z rzeczywistością, w której bilans prowadzonej przez niego piąty rok z rzędu wielkiej wojny z Ukrainą jest katastrofalny dla Rosji. A strach przed ukraińskimi dronami jest tak wielki, że po raz pierwszy od 2003 r. odwołano uroczystości na Placu Czerwonym.

Władimir Putin rozpoczął wojnę z Ukrainą, ale stracił Europę

Przed wybuchem wojny w 2022 r. Putin obiecał Rosjanom zatrzymanie poszerzenia NATO na wschód. Sojusz zaś poszerzył się o Szwecję i Finlandię, a wspierana przez Zachód armia ukraińska (która w 2014 r. była w opłakanym stanie) stała się najpotężniejszą siłą militarną w Europie i obnażyła prawdziwe oblicze bezradnej, nieudolnej i dogłębnie skorumpowanej rosyjskiej maszyny wojennej. Wojna z Ukrainą była też gospodarczym strzałem w kolano dla Rosji. Utrata dostępu do rynku europejskiego (a przede wszystkim niemieckiego, holenderskiego i włoskiego) rocznie kosztuje Putina grubo ponad 100 mld euro. Nie do odrobienia są też dla Kremla stracone wpływy gospodarcze, polityczne i dyplomatyczne w krajach UE, uzależnionych wcześniej od dostaw surowców energetycznych i często lobujących za rosyjskimi interesami w Europie.

Czytaj więcej

Rosyjski opozycjonista o „samobójczym kroku” Putina. „Ludzie mają już wszystkiego dosyć”

Liczący się niegdyś na globalnym rynku i wyceniany na setki miliardów dolarów Gazprom za rządów Putina spadł do poziomu niewielkiej regionalnej firmy, wartej dzisiaj mniej niż polski Orlen. Nie wspominając już o zapaści technologicznej (z powodu sankcji i braku dostępu do zachodnich rynków), którą odczuwa niemal każda rosyjska branża, od rolnictwa po przemysł kosmiczny. Ponad dekadę temu w Rosji zapowiadano załogowy lot na Księżyc do 2030 r.. Dzisiaj na Kremlu o tym już nawet nikt nie wspomina.

Tracąc Europę, Putin wpędził siebie do jednej klatki z chińskim tygrysem, z której w najlepszym wypadku Rosja wyjdzie mocno poturbowana. Jeżeli w ogóle kiedykolwiek wyjdzie. Trudno „odbudowywać imperium” i jednocześnie być niemal w całkowitej gospodarczej zależności od innego, potężniejszego hegemona. Propaganda Kremla co prawda przekonuje, że chodzi o „strategiczne partnerstwo”, ale już nawet lojalni wobec Putina rosyjscy komentatorzy nie mają wątpliwości co do tego, kto w tym tandemie gra pierwsze skrzypce.

Sojusznicy Władimira Putina. Kto popiera Rosję w wojnie z Ukrainą?

Geopolityczną klęskę Rosji najlepiej obrazuje mapa świata. Moskwa straciła wpływy w Syrii, Wenezueli, kilku państwach afrykańskich i lada moment będzie musiała pożegnać się z Kubą. W czasie wojny z Ukrainą Putin stracił też Kaukaz Południowy, gdzie na dobre wkroczyły Turcja i Stany Zjednoczone. Rosja już nie ma dla państw tego regionu oferty. Ale nie tylko dla nich.

Czytaj więcej

Nikol Paszynian wygrywa wybory w Armenii. To cios dla Władimira Putina

Wystraszona rosyjskim imperializmem Azja Centralna przyspieszyła w ostatnich latach trwające od dłuższego czasu zbliżenie z Chinami. Nawet Białoruś Łukaszenki najwyraźniej ma wątpliwości co do przyszłości Rosji i po cichu próbuje się zaprzyjaźnić z Trumpem. Putinowi pozostało więc liczyć na lojalność Korei Północnej. Tamtejsi wodzowie od dziesięcioleci również walczą z „wrogami” w swojej osaczonej twierdzy.