„Niech będzie pozdrowiony Święty Mikołaj” – tak witają się w „Jednej bitwie po drugiej” Paula Thomasa Andersona panowie z Klubu Świątecznych Przygód. Nazwa niezwykle sympatyczna, prawda? To jednak pozory, ponieważ kryje się za nią współczesna kontynuacja Ku Klux Klanu, która przeciwników posyła do gazu. W filmie z 2025 r. biali panowie deklarują chęć uratowania Stanów Zjednoczonych przed napływem nielegalnej latynoskiej emigracji.

Reklama
Reklama

Czytaj więcej

Oscary rozdane. Do kogo trafiły najważniejsze statuetki?

Oscary 2026. „Jedna bitwa po drugiej”, czyli strzelanina jak w saloonie

Anderson świetnie wyczuł nastroje, będące przyczyną najgorętszego konfliktu, który rozgrywa się między ruchem MAGA, jaki wyniósł do władzy Donalda Trumpa, a liberalną częścią społeczeństwa.

Co ważne, reżyser nie cukruje migrantów i ich bezkrytycznych zwolenników. Pokazuje, że na zbrojny rasizm, m.in. w kostiumie policji ICE, odpowiedzią bywa lewacki terroryzm i analogicznie budowane, konspiracyjne struktury. To zaś sprawia, że państwo staje się fasadą, za którą trwa mordobicie ze strzelaniną jak w westernowym saloonie, co jest przecież prahistorią Ameryki. Ale czy do takiej wielkości chcieli powrócić twórcy MAGA?

Czytaj więcej

Maciek Szczerbowski, emigrant doby stanu wojennego, zdobył Oscara

Oscary 2026. „Grzesznicy”, czyli zło jest zaraźliwe

Uzbrojonych po zęby kolorowych obywateli Ameryki pokazują też „Grzesznicy” Ryana Cooglera, który też niczego nie cukruje. Tym razem mamy jednak lata 30. XX w. Czarni bracia, aby mieć coś do powiedzenia w USA, porzucili pola bawełny, bogobojny kościółek i wybrali życie „cyngli” Ala Capone, a obsługi karabinów maszynowych nauczyli się na I wojnie światowej. Dopiero wtedy uznali, że mogą otworzyć biznes życia, czyli bar dla czarnych ziomków z pomocą innych mniejszości.

Tyle że zło bywa zaraźliwe. Nie da się stracić cnoty i ją mieć. Przede wszystkim zaś nie da się wymiksować ze złożonej rasowo, etnicznie i światopoglądowo rzeczywistości, gdy lokal na bar można kupić tylko od sąsiada, który nie przekona nikogo, że Ku Klux Klan to już historia.

Czytaj więcej

Parszywi hippisi kontra naziole w „Mrokach Tulsy". Wojna dwóch konspiracji

Zarażenie złem i opętanie rasizmem Coogler pokazuje metaforycznie. Łączy stylistykę filmu o wampirach, by uzmysłowić rzeczy w normalnym świecie nie do pojęcia – z muzyką, gdzie blues i tańce irlandzkie stają się symbolem przynależności. Wstrząsające wrażenie robi u Cooglera finał z udziałem 89-letniej legendy bluesa Buddy’ego Guya, który zdaje sobie sprawę, że czas, kiedy Missisipi była w ogniu Ku Klux Klanu, właśnie powrócił.

W ogniu jest znowu Ameryka. A z nią cały świat.