Michał Szułdrzyński: Rząd gotowy na krok w tył

Miliardy z Krajowego Planu Odbudowy są nam dziś tak potrzebne, że już nawet PiS jest gotowe to przyznać. Tyle że rządzący mogą grać na czas, bo szykują jeszcze jedno podejście pod Komisję Europejską.

Publikacja: 02.11.2022 12:03

Jarosław Kaczyński i Zbigniew Ziobro

Jarosław Kaczyński i Zbigniew Ziobro

Foto: Fotorzepa, Jerzy Dudek

Niewdzięczna opozycja i jeszcze bardziej niewdzięczni komentatorzy wytykają premierowi Mateuszowi Morawieckiemu, że znów nie dotrzymał słowa. We wrześniu wszak przekonywał, że najpóźniej do końca października zostanie złożony wniosek o wypłatę środków z Krajowego Planu Odbudowy. Dwa tygodnie temu w rozmowie z „Dziennikiem Gazetą Prawną” starał się jednak ten termin nieco wydłużyć, mówiąc o kolejnych kilku tygodniach. Choć wcześniej przekonywał, że na przełomie roku do Polski już spłyną pieniądze, a nie że dopiero wtedy – mówiąc kolokwialnie – wyślemy Brukseli fakturę do opłacenia.

Tyle tylko, że jeśli wsłuchać się w słowa przedstawicieli rządu, winę za niewysłanie przez Polskę wniosku o płatność ponosi... Bruksela. W weekend rzecznik rządu Piotr Müller mówił, że problem leży po stronie Komisji Europejskiej i złożymy wniosek dopiero wtedy, gdy będziemy mieć przekonanie, że zapadła tam decyzja o tym, by środki Polsce odblokować. W środę w podobnym tonie wypowiadał się nowy minister ds. europejskich Szymon Szynkowski vel Sęk. Pytany w Radiu Plus, kiedy będzie gotowy wniosek o wypłatę środków, powiedział: „Zostanie złożony w pierwszym momencie, w którym będziemy mieli przekonanie, że po stronie Komisji Europejskiej jest gotowość do jego sprawnej realizacji. Czekamy na takie sygnały”.

Czytaj więcej

Mimo obietnicy Morawieckiego, Polska nie złożyła wniosku o wypłatę z KPO

Innymi słowy, nawiązując do słynnego szmoncesu, premier złoży wniosek o KPO, jak wróci z Radomia. Problem jednak w tym, że się do tego pięknego miasta na południu województwa mazowieckiego na razie wcale nie wybiera. Żarty żartami, ale problem jest poważny. Bo z wypowiedzi polityków PiS wynika niezbicie, że doskonale zdają sobie sprawę z tego, że Polska nie wypełniła tzw. kamieni milowych, do realizacji których sama się zobowiązała w umowie z Komisją Europejską. A to, co się w tej chwili toczy, to wyłącznie gra na czas.

Rząd nie chce składać wniosku, o którym z góry wie, że będzie odrzucony. Miliardy, które bardzo by się Polsce przydały, są zablokowane z powodu raptem kilku sędziów zawieszonych przez nieistniejącą już Izbę Dyscyplinarną, kilkunastu spraw dyscyplinarnych wobec sędziów, które rozpoczynają zaufani ministra Zbigniewa Ziobry. Osobną sprawą jest znak zapytania, który wisi nad środkami z dużego, wieloletniego budżetu na lata 2021-27, o zagrożeniu dla którego jako pierwsza pisała „Rzeczpospolita” 17 października.

Czy ktoś, poza najtwardszym z twardych elektoratów, uwierzy, że oto buduje się IV Rzeszą Niemiecką właśnie poprzez zainteresowanie losem kilku niezależnych sędziów? Przecież to niedorzeczne

To, co się dzieje, to więc próba przerzucenia na Komisję winy za to, czego nie zrobił polski rząd, a do czego – warto jeszcze raz podkreślić – sam się zobowiązał. I nie pomogą tu żadne zaklęcia o tym, że Niemcy chcą nam zabrać suwerenność, że Komisja łamie traktaty, że chce ingerować w obszary zarezerwowane dla państw członkowskich itp. Największym problemem w tej argumentacji jest jedna sprawa: dlaczego akurat te okropne Niemcy i ta niewdzięczna Komisja Europejska uparła się, by los kilku czy kilkunastu sędziów niechętnych zmianom wprowadzonym przez Zbigniewa Ziobrę, a później prześladowanych przez jego ludzi, traktować jako papierek lakmusowy praworządności? Czy ktoś, poza najtwardszym z twardych elektoratów, uwierzy, że oto buduje się IV Rzeszą Niemiecką właśnie poprzez zainteresowanie losem kilku niezależnych sędziów? Przecież to niedorzeczne.

Ale jest jeszcze jedna ewentualność. Rządzący mogą grać na czas, bo szykują jeszcze jedno podejście pod Komisję Europejską. We wspomnianym wywiadzie rzecznik rządu Piotr Müller stwierdził, że trzeba zrobić wszystko by „konflikt z Brukselą zamknąć”. Co prawda to zupełna sprzeczność z tym, co w sierpniu mówił Jarosław Kaczyński, gdy wołał: dość tego dobrego! I zapowiadał ostrzejszy kurs wobec UE. Może więc po to trzeba było się pozbyć uchodzącego za ugodowego Konrada Szymańskiego, by bardziej jastrzębi Szymon Szynkowski vel Sęk doprowadził do kompromisu, polegającego na tym, że PiS zrobi jeszcze jeden krok wstecz?

Ktoś zapyta, cóż zmieniło się od sierpnia? Otóż zmieniło się wszystko! Wtedy mogliśmy się obawiać przyjścia kryzysu, dziś wiemy już na pewno, że on jest w przedpokoju. Dlatego miliardy z Brukseli są nam dziś tak potrzebne, że nawet PiS jest gotowe to przyznać. A wszystko inne to zasłona dymna.

Niewdzięczna opozycja i jeszcze bardziej niewdzięczni komentatorzy wytykają premierowi Mateuszowi Morawieckiemu, że znów nie dotrzymał słowa. We wrześniu wszak przekonywał, że najpóźniej do końca października zostanie złożony wniosek o wypłatę środków z Krajowego Planu Odbudowy. Dwa tygodnie temu w rozmowie z „Dziennikiem Gazetą Prawną” starał się jednak ten termin nieco wydłużyć, mówiąc o kolejnych kilku tygodniach. Choć wcześniej przekonywał, że na przełomie roku do Polski już spłyną pieniądze, a nie że dopiero wtedy – mówiąc kolokwialnie – wyślemy Brukseli fakturę do opłacenia.

Pozostało 87% artykułu
Komentarze
Michał Szułdrzyński: Cesarzowa Urszula. Czy udźwignie wyzwania stojące przed Europą
Materiał Promocyjny
Jak wykorzystać potencjał elektromobilności
Komentarze
Michał Szułdrzyński: Dlaczego Donald Tusk niechcący bardzo pomógł Marcinowi Romanowskiemu
Komentarze
Paweł Łepkowski: Dlaczego J.D. Vance nie chce pomagać Ukrainie, ale Izraelowi – jak najbardziej?
Komentarze
Aleksandra Ptak-Iglewska: Uber traci kierowców. Dlaczego dla pasażera to może być dobra wiadomość?
Komentarze
Michał Szułdrzyński: Wojna o ambasadorów szkodzi wszystkim