Na kolejnym spotkaniu z wyborcami – tym razem w Kołobrzegu – Jarosław Kaczyński krytykował rządy PO-PSL, za których w kraju panować miała potężna bieda, a Polacy zmagali się z głodem. – Ludzie byli wtedy tak biedni, że zbierali po lasach kartofle zasadzone dla dzików przez leśników. Tak było – powiedział.

Jeszcze w 2013 roku, przed zwycięstwem wyborczym, był bardziej stonowany w opisie polskiej biedy, wskazując jej ojca. – To, co dzieje się dzisiaj w naszej ojczyźnie, można określić jako wielka bieda. Ale nie tylko w rozumieniu jako braku środków materialnych, ale w szerszym. Jest w Polsce ktoś, o kim możemy powiedzieć, że jest ojcem tej biedy. To Donald Tusk! – podkreślał. Potem była wiele razy mowa o „Polsce w ruinie”, ale pomysł, by Polacy mieli wyjadać dzikom ziemniaki?

Czytaj więcej

Kaczyński: Za chwilę będziemy drugą Japonią. Niemcy chcieli nas doić

Strach pomyśleć, co kolejnym razem usłyszymy o dawnych ciężkich czasach. Obawiam się, że zbytnio nakręcony w opisach polskiej biedy prezes może twórczo rozwinąć dokonania trupy Monty Pythona. W jednym ze skeczy spotyka się w nim grupa przyjaciół, ludzi sukcesu i wspomina dawną biedę. Przyjaciele zaczynają się licytować przy dobrym i drogim winie, komu było trudniej:

– Wtedy zadowoliłbym się filiżanką herbaty, nawet zimnej herbaty, bez mleka i cukru i esencji

ze stęchniętej filiżanki – mówi jeden z bohaterów.

– Nie mieliśmy nawet filiżanki, piliśmy ze zrolowanej gazety – zauważa drugi.

– A my musieliśmy ssać namoczoną szmatkę – przekonuje kolejny.

Dalej jest coraz bardziej ponuro:

– Byłem szczęśliwszy, gdy nic nie miałem, mieszkaliśmy w starym domu z dziurawym dachem.

– Dom? Mieszkaliśmy w pokoju w 26 osób, bez mebli i bez połowy podłogi, musieliśmy się kulić w kącie, żeby nie spaść.

– Pokój? Mieliście szczęście! My mieszkaliśmy na korytarzu!

– Korytarz? Mogłem tylko o tym pomarzyć! Korytarz byłby dla nas pałacem, mieszkaliśmy w zbiorniku na szczycie wysypiska, co rano budziła nas zwałka gnijących ryb.

– Dom? No tak, mówiłem o domu, ale wystawał ledwie stopę nad ziemię a pokryty był płótnem

– Nas eksmitowano z ziemianki, musieliśmy zamieszkać w jeziorze.

– Szczęściarze, mieliście jezioro, nas było stu pięćdziesięciu i musieliśmy zamieszkać w pudełku po butach na drodze.

– W kartonowym pudełku? Prawdziwi szczęściarze! My mieszkaliśmy przez trzy miesiące w zwiniętej gazecie w pojemniku na odpadki, wstawaliśmy o szóstej, sprzątaliśmy gazetę, zjadaliśmy spleśniałą skórkę od chleba i pracowaliśmy przez 14 godzin w młynie za sześć pensów tygodniowo. Gdy wracaliśmy do domu, tata zaganiał nas pasem do łóżka.

– Ale luksusy… My wstawaliśmy o trzeciej, sprzątaliśmy jezioro, zjadaliśmy garść piachu i pracowaliśmy 20 godzin w młynie za dwa pensy miesięcznie, potem wracaliśmy do domu, a tata bił nas po głowie tłuczoną butelką.

– Istny raj... Wychodziliśmy z pudełka o północy, lizaliśmy asfalt, a potem zjadaliśmy kawałek koksu i pracowaliśmy 23 godziny w młynie, za pensa co cztery lata, gdy wracaliśmy do domu tata kroił nas nożem do chleba.

– Jasne! My wstawaliśmy rano o wpół do jedenastej w nocy, pół godziny przed pójściem spać, zjadaliśmy truciznę, pracowaliśmy 29 godzin w młynie za ósemkę na całe życie, a gdy wracaliśmy do domu, tata nas dusił, a potem tańczył na naszych grobach.

– I spróbuj to powiedzieć dzisiejszej młodzieży… Czy ktoś z nich w to uwierzy?...

Może to samo pytanie powinien sobie zadać dziś prezes Kaczyński.