Elegancki, kulturalny, nawet nieco skryty, chętniej niż o arkanach futbolowej taktyki rozprawia o kulinariach. Ma w sobie coś z sybaryty i jako 62-latek, który wygrał w piłce wszystko – jest mistrzem pięciu najważniejszych lig, trzykrotnie zwyciężał w Lidze Mistrzów – mógłby po nieudanej przygodzie z Evertonem wrócić do rodzinnego Reggiolo, żeby uprawiać „dolce far niente”.

Miał przecież flirtować ze smugą cienia. Na tle młodszych kolegów – wyszczekanych technokratów rozkochanych w taktyce – wydawał się anachroniczny. Odnalazł się jednak w Madrycie, jakby przekazał piłkarzom gen nieśmiertelności. Te dyskretne uśmiechy Karima Benzemy podczas meczu zdawały się mówić: „To jeszcze nie koniec, nie wyczerpaliśmy wszystkich żyć”.

Manchester City w pierwszym meczu trzykrotnie obejmował dwubramkowe prowadzenie. Wygrał 4:3. Rewanż także otworzył golem, był w strefie komfortu. Pep Guardiola postawił na pragmatyzm i kontrolę, porzucił dogmaty. Jego podopieczni porwali się nawet na nielicującą z powagą trenera grę na czas. Rodrygo dał jednak Realowi życie. Guardiola po raz szósty odpadł z Ligi Mistrzów w półfinale.

Czytaj więcej

Liga Mistrzów: Thriller w Madrycie, Real w finale

To był trzeci taki powrót Realu w ostatnich tygodniach. Tej wiosny w podobnym stylu – kiedy wydawało się już, że wszystko stracone – eliminował Paris Saint-Germain i Chelsea Londyn. Hiszpańscy dziennikarze, szukając wyjaśnienia, postawili wręcz na narrację teistyczną, a „Marca” z okładki prosiła, aby „Bóg zstąpił z nieba i to wszystko wytłumaczył”.

A może nie trzeba tu Boga, wystarczy odpowiedni człowiek na właściwym miejscu. Ancelotti do Realu pasuje. Nie pompuje wizerunku, nie próbuje zmieniać świata wokół siebie. Działa dyskretnie – nawet biografię zatytułował: „Ciche przywództwo”. Nadzoruje ewolucję zespołu, który dawno przestał być zestawem Galacticos. Rządzą nim raczej piłkarze dojrzali, wsparci utalentowaną młodzieżą.

Robert Lewandowski kiedyś powiedział o Carlo Ancelottim: „wujek”. Zamienił zespół w rodzinę

Są poszlaki, że Ancelotti kompetencje miękkie opanował perfekcyjnie. Kilka dni temu fotografował się po zdobyciu mistrzostwa z cygarem w ustach. Zgaszonym. Podkreśla, że pali, chciał po prostu mieć zdjęcie z kumplami. Piłkarze Realu nazywają go przyjacielem, Robert Lewandowski kiedyś powiedział o nim: „wujek”. Zamienił zespół w rodzinę. Może jego największym talentem jest zarządzanie ludźmi.

Trudno go posądzać, żeby żył piłką 24 godziny na dobę. Nie wyobrazimy sobie raczej Ancelottiego sprzedającego piłkarzom płomienną przemowę, choć przed rewanżowym meczem z Manchesterem City pokazał zawodnikom film z ośmioma urywkami spotkań, w których odrabiali straty, i zakończył go hasłem: „Brakuje jeszcze jednego”.

Najbardziej znaczącą sceną środowego wieczoru był chyba moment oddzielający zakończenie drugiej połowy i dogrywkę. Guardiola zgromadził piłkarzy ciasno wokół siebie i ekspresyjnie wykładał plan. Ancelotti w tym samym czasie swobodnie przechadzał się między rozproszonymi podopiecznymi. Jakby chciał zapytać: „Po co te nerwy? To tylko piłka”. Dyskretny lider.