Oznacza to zerwanie z umową, którą w lipcu 2021 r. zawarła z prezydentem USA ówczesna kanclerz Angela Merkel. Zgodziła się ona, aby gazociąg został spisany na straty, jeśli rosyjskie wojska przekroczą ukraińską granicę. Sekretarz stanu Antony Blinken uznał takie rozwiązanie za optymalne, bo jego zdaniem w ten sposób Nord Stream 2 staje się wyjątkowo skutecznym środkiem nacisku na Moskwę.

Postawa kanclerza Olafa Scholza prowadzi więc do głębokiego podziału między najważniejszym krajem Zachodu a głównym państwem Unii. Ale nadszarpnięta jest nie tylko jedność wspólnoty transatlantyckiej. Linia podziału przebiega też w poprzek samej UE, skoro dla takich krajów, jak Polska czy Szwecja, postawa Berlina w żaden sposób nie może być zrozumiała.

Więcej: pod znakiem zapytania staje również jedność koalicji rządzącej w Niemczech. Na początku tego tygodnia z wizytą do Kijowa i Moskwy wybrała się szefowa niemieckiej dyplomacji Annalena Baerbock. Liderka Zielonych jest zwolenniczką zamknięcia Nord Stream 2, jeśli Putin zdecyduje się na wojnę. Rozdźwięk stanowisk między nią a kanclerzem może rodzić na Kremlu wątpliwości o to, kto reprezentuje stanowisko Niemiec i decyduje o ich polityce zagranicznej.

Czytaj więcej

Małe szanse na zmianę niemieckiej polityki wobec Rosji

Olaf Scholz tłumaczy, że budowa gazociągu to „projekt komercyjny” i nie powinien być mieszany z polityką. Nikt, kto śledzi wydarzenia za naszą wschodnią granicą, nie może mieć jednak złudzeń, że taka analiza ma cokolwiek wspólnego z rzeczywistością. Trudno więc uniknąć wniosku, że Niemcy dalece przedkładają bieżące zyski z importu tańszego gazu nad geopolityczne interesy nie tylko Ukrainy, ale i Polski.

Ale nawet na płaszczyźnie czysto komercyjnej taka logika jest błędna. Jeśli Putin raz jeszcze zobaczy, że Zachód jest słaby i puści płazem jego kolejne ukraińskie podboje, Rosja może pójść o krok dalej. Być może jego celem okaże się Polska, gdzie niemieckie interesy gospodarcze są o wiele większe, niż wart jest gaz z Nord Stream 2.