Po raz pierwszy w tym tysiącleciu Polska, państwo spokojnego zazwyczaj Zachodu, członek NATO i Unii Europejskiej, styka się z takim zagrożeniem, jakie pojawiło się na naszej wschodniej granicy. Może ono zadecydować o tym, jak będzie wyglądać życie mieszkańców przez lata czy pokolenia.

Wymaga to jednoznacznego sformułowania, co w kryzysie na granicy z Białorusią jest najważniejsze dla Polski, a także wspólnoty zachodniej, której jesteśmy częścią. Ze świadomością, że obrona fundamentów ma swoją cenę, której w normalnych warunkach znaczna część społeczeństwa nie chce płacić. Ale też – taki przywilej sytych czasów – nie musi.

Najważniejsze jest bezpieczeństwo, teraz i – co trudniej sobie wyobrazić, bo Zachód myśli krótkoterminowo – za wiele lat. W wypadku ataku obcych sił posługujących się żywymi tarczami – na początku bezpieczeństwo granic. Zaniedbanie tego teraz odbije się w przyszłości.

Czytaj więcej

Moskwa u naszych wrót

Obce siły, czyli reżim Łukaszenki wspierany przez Kreml, uderzają w najczulszy punkt znienawidzonej przez nich cywilizacji: chcą wyważyć drzwi do Zachodu, posługując się na razie bronią H. Bronią humanitarną, ubraną w hasła praw człowieka i troski o pokrzywdzonych. Przypomina się znakomity film Tima Burtona „Marsjanie atakują!", w którym kosmici, znając zamiłowanie elit ziemian do pacyfistycznych haseł, z pokojem na kosmicznych ustach rozpoczynają inwazję, mordując witających ich polityków i wojskowych.

Tak, to bardzo bolesne i smutne, ceną może być cierpienie ludzi. Podobną cenę płacą od lat państwa leżące na południu Europy, jak Hiszpania.

Za pomocą broni H można przetestować gotowość Zachodu do samoobrony, także przed innymi rodzajami broni. Niektórzy zwrócili uwagę, że wyglądający jak kosmici funkcjonariusze białoruskich służb zepchnęli setki imigrantów na północny odcinek granicy z Polską. Chcieli, by zdesperowani przybysze z Bliskiego Wschodu przedarli się na nasze terytorium w pobliżu tzw. przesmyka suwalskiego. Przesmyk, mający ledwie około 100 km, łączy Polskę, a poprzez nią cały Zachód, z państwami bałtyckimi. Te 100 km dzieli rosyjski, mocno zmilitaryzowany obwód kaliningradzki z Białorusią pozostającą w sojuszu polityczno-wojskowym z Moskwą. Tam najłatwiej wbić klin w NATO.

Czy mamy do czynienia z próbą wbijania klina? Czy za żywymi tarczami przyjdą wojska? Wojska w dosłownym znaczeniu – zapewne nie. Rosja aż tak ryzykować konfliktu z NATO raczej nie zechce. Są jednak inne rodzaje ataków na terytorium państw NATO, jak zamach bronią chemiczną na Skripalów w Wielkiej Brytanii. Trudno przewidzieć, jaki nietypowy atak mogłyby przeprowadzić u nas obce siły, gdyby odniosły sukces dzięki broni H. Każdy sukces zachęca do zrobienia następnego kroku. Dlatego nie można dopuścić, by Łukaszence i Kremlowi się udało.

Tak, to bardzo bolesne i smutne, ceną może być cierpienie ludzi. Podobną cenę płacą od lat państwa leżące na południu Europy, jak Hiszpania. Broni się przed niekontrolowanym napływem imigrantów próbujących sforsować płoty graniczne w Ceucie, bo wie, że wielu milionów chętnych z innych kręgów kulturowych nie może przyjąć.

Marokańskie służby nie przywożą z dalekich krajów imigrantów na granicę hiszpańskiego terytorium. Reżim w Mińsku zaś sam ich sprowadza, na dodatek pobierając od nich opłaty, na które nie mogłaby sobie pozwolić znaczna część mieszkańców Białorusi.

Rozpaczliwe żądania: wpuśćmy do Polski parę tysięcy ludzi napierających na granicę, przecież znajdzie się dla nich dach nad głową i praca, nie brzmią w tym fundamentalnym momencie najlepiej. Choć wynikają ze szlachetnych pobudek. Zresztą ci, co mieszkają w zwykłych blokach w dużych miastach, zwłaszcza w Warszawie, wiedzą, że w ostatnich latach wpuściliśmy wiele tysięcy imigrantów. Zazwyczaj mają pracę. I mieszkają obok nas i razem z nami.