"I wtedy mógłbym rzec: trwaj chwilo, o chwilo, jesteś piękną!". Po wtorkowym nadzwyczajnym posiedzeniu Sejmu w sprawie kryzysu na granicy aż chciałoby się zawołać tak, jak Faust Goethego. Zrobiło się bowiem jakoś godniej, poważniej. I to nie z powodu zbliżającego się Narodowego Święta Niepodległości wystąpienia były jakby bardziej merytoryczne, co jakiś czas wybrzmiewały wezwania do jedności i solidarności. Zaczęło się od wspólnych oklasków wszystkich sił dla funkcjonariuszy i żołnierzy, którzy pilnują polskich granic. Potem wystąpienie premiera Mateusza Morawieckiego, diametralnie różne od tego, które wygłosił w połowie października, gdy szukał w Sejmie poparcia do awantury z Brukselą. We wtorek nie grzmiał o Unii, nie mówił, że KE chce rozpocząć III wojnę światową. O Unii wyrażał się ciepło, podobnie jak o naszych sąsiadach i partnerach. Powstrzymywał się nawet przed atakowaniem opozycji. I dopiero gdy kilka razy złożył hołdy lenne prezesowi PiS, mieliśmy pewność, że premiera nie podmieniono, że to nie dubler, lecz prawdziwy Morawiecki.