Szef dyplomacji nazwał więc Unię „płaszczyzną modernizacji” Polski, podkreślił, że dzięki niej nasz kraj dokonał cywilizacyjnego skoku (poziom życia od 2004 r. wzrósł z 47 do 70 proc. średniej Wspólnoty) i zapowiedział, że w 15. rocznicę akcesji do Warszawy przyjadą przywódcy wszystkich państw, które razem z Polską, ale także po niej przystąpiły do zjednoczonej Europy.
Ale po tylu latach członkostwa miłość do Unii nie jest już bezrefleksyjna. Raczej mocno krytyczna. A może nawet to już nie miłość, tylko współpraca z rozsądku, która Polsce, ale także zachodniej Europie po prostu się opłaca. A więc układ, który od lat jest dobrze znany Francuzom, Niemcom czy Hiszpanom, gdzie nikt nie ma złudzeń, że Unia nie jest kochającą się rodziną, tylko forum uzgadniania narodowych interesów.