Oto rok po premierze filmu Władysława Pasikowskiego „Jack Strong" w kraju pojawiają się ulice nazywane jego imieniem i kolejne pomniki „pierwszego polskiego oficera w NATO".
Czytaj także: Kukliński staje na cokołach
Nie byłoby tego, gdyby nie decyzja Państwowego Instytutu Sztuki Filmowej o dofinansowaniu tego obrazu. Bo choć film był sukcesem kinowym, bez dotacji by nie powstał.
Wizja przedstawiona przez reżysera przekonała wielu ludzi do racji stojących za czynem Kuklińskiego. A jednocześnie trudno powiedzieć, że mówimy o dziele wybitnym. Ot, sprawnie opowiedziany thriller. Ale państwo polskie, wspierając go, dało jasny sygnał, jak postrzega swoją przeszłość.
W tej kwestii panuje jednak u nas niesłychana hipokryzja. Od różnych gremiów decyzyjnych słyszymy, że o dotowaniu tych a nie innych dzieł decyduje tylko ich poziom artystyczny. Otóż nie jest to prawda. Ogromne znaczenie mają poglądy twórców i tych, którzy projekty oceniają.
Gdyby liczyła się tylko jakość, nigdy nie powstałby taki gniot jak „Pokłosie" tego samego Władysława Pasikowskiego. Obraz pełen błędów scenariuszowych i reżyserskich na szkolnym poziomie. A do tego film wyjątkowo obrzydliwy, przedstawiający mieszkańców współczesnej polskiej wsi jako żądną mordu tłuszczę, gotową zabijać za winy z czasów wojny. Swoją drogą, ciekawe, gdzie Pasikowski widział takich chłopów w XXI wieku nad Wisłą.
Oczywiście reżyser może sobie myśleć i mówić, co mu się żywnie podoba, ale państwo nie musi tego wspierać swoimi pieniędzmi ani autorytetem. Bo potem się okazuje, że takie właśnie filmy reprezentują nasz kraj za granicą, a opinia publiczna na świecie traktuje je jako wiarygodne świadectwo.
Nie twierdzę, że wszystko jest w sztuce polityczne, ale są sprawy, które są polską racją stanu i polityka kulturalna powinna kłaść na nie nacisk. Należy się więc dopominać o dzieła prezentujące światu dziedzictwo „Solidarności" czy Armii Krajowej albo choćby takie postaci, jak Jan Karski czy Witold Pilecki.