Prezydent USA Donald Trump zdawał sobie sprawę, że atak na Iran może stworzyć zagrożenie dla żeglugi w Cieśninie Ormuz. Zwracali mu na to uwagę wojskowi. Zapewne jednak spodziewał się, że zagrożenia te będą miały mniejszą skalę. Być może liczył na to, że po pierwszym, bardzo silnym uderzeniu dekapitacyjnym w Teheran, uaktywni się w Iranie frakcja skłonna do zawarcia pokoju. Może liczył też na nową falę protestów wymierzonych w reżim, które prowadziłyby do jego obalenia.

Czytaj więcej

Kibice rezygnują z przyjazdu. Hotele w USA notują ogromne straty

Z drugiej jednak strony pojawiały się przecieki mówiące, że kampanię lotniczą przeciwko Iranowi zaplanowano na wiele tygodni. Szybki upadek reżimu nie był więc głównym scenariuszem. Spodziewano się też, że Iran uderzy odwetowo nie tylko w Izrael, ale też w amerykańskie bazy w regionie. Nie wiadomo jednak, czy oczekiwano też irańskich uderzeń w dubajskie wieżowce, saudyjskie pola naftowe, katarskie instalacje gazowe i w tankowce w Zatoce Perskiej.

Iran postawił na sianie chaosu, tak by rosnące ceny ropy i przecena na giełdach zmusiły Trumpa do przerwania wojny. Czy to mu się udało? W poniedziałek prezydent USA zaskoczył rynki pisząc o „dobrych i konstruktywnych” rozmowach prowadzonych z Iranem. Zapowiedział też, że wstrzyma się na 5 dni z realizacją groźby zniszczenia irańskich elektrowni. Oczywiście nie wiadomo, czy chciał je rzeczywiście niszczyć i czy myślał o zajęciu wyspy Chark, przez którą przechodziło dotychczas 90 proc. irańskiego eksportu ropy. Inwestorzy chwilowo uwierzyli jednak w to, że możliwe jest zakończenie wojny, zanim zacznie wyrządzać ona poważne szkody gospodarce amerykańskiej.

Rosnąca presja cen paliw i rynków w USA

Podczas tej wojny okazało się, że świat ma trzy główne rynki ropy, na których ceny mocno się różnią. W czasie gdy cena ropy gatunku Oman (trafiającej głównie do Azji Wschodniej) dochodziła do 167 dol. za baryłkę, ropa Brent (będąca europejskim benchmarkiem) kosztowała 119 dol. za baryłkę, a amerykańska ropa WTI – 97 dol. za baryłkę.

Czytaj więcej

Rynki eksplodowały po słowach Trumpa. Ropa tanieje, giełdy ostro w górę

Stany Zjednoczone w ostatnich latach w niewielkim stopniu korzystały z ropy z Bliskiego Wschodu, gdyż same są wielkim producentem tego surowca, a w styczniu dodatkowo uzyskały szeroki dostęp do wenezuelskiej ropy. Wojna dotykała więc w dużo większym stopniu kraje Europy i Azji.

Ogólny wzrost cen surowca na globalnych rynkach zaczął jednak też być odczuwalny w USA. O ile średnia cena paliwa dieslowskiego wynosiła w dołku ze stycznia 3,53 dol. za galon, to w tym tygodniu sięgała 5,38 dol. i była najwyższa od sierpnia 2022 r. Benzyna zdrożała w podobnym okresie z 2,93 dol. do 4,10 dol. za galon. W porównaniu z Polską wydaje się ona nadal dosyć niska. W USA taki poziom cen paliw staje się już jednak problemem politycznym. – To tylko tymczasowy skok. Za czasów administracji Bidena, ceny benzyny były wysokie przez cztery lata. Są one również wysokie teraz, ale nie są tak duże jak w pewnych okresach rządów Bidena – uspokajał niedawno wiceprezydent JD Vance.

Ceny paliw to jednak niejedyne zmartwienie administracji Trumpa. Wojna przyniosła też wyprzedaż na rynkach. Co prawda indeks S&P 500 nawet nie wszedł w korektę, ale rentowność amerykańskich obligacji dwudziestoletnich chwilowo przebiła poziom 5 proc. To oznacza, że wzrośnie również oprocentowanie pożyczek hipotecznych. Można się też spodziewać wyższych oczekiwań inflacyjnych. Opracowany przez analityków Deutsche Banku „indeks presji” (oparty m.in. na zachowaniu S&P 500 i rentownościach amerykańskich obligacji czy sondażach popularności Trumpa) sięgnął wyższego poziomu niż podczas zeszłorocznej, kwietniowej paniki związanej z cłami.

Czytaj więcej

Iran gra Ormuzem. Tankowce czekają, paliwa drożeją z dnia na dzień

Nastroje konsumenckie w USA są wyraźnie słabe. Mierzący je indeks Uniwersytetu Michigan spadł w marcu do 55,5 pkt. z 56,6 pkt. w lutym. Najniższy poziom za obecnej kadencji Trumpa osiągnął on jak dotąd w listopadzie. Wynosił wtedy 51 pkt. Za rządów Joe Bidena był on najniżej w czerwcu 2022 r. i wynosił 50 pkt. W styczniu 2025 r., czyli w pierwszym miesiącu drugiej kadencji Trumpa sięgał on 71,1 pkt. Wygląda więc na to, że w ostatnich latach mieliśmy w USA – niezależnie od tego, kto rządził – „vibecesję”, czyli stan, w którym dosyć przyzwoitym danym o wzroście gospodarczym towarzyszą kiepskie nastroje społeczne.

Słabe nastroje konsumentów i sygnały spowolnienia

Pojawiły się też oznaki osłabienia gospodarki USA w ostatnich miesiącach. Dane o wzroście PKB za czwarty kwartał zrewidowano w dół z 1,4 proc. do 0,7 proc. (to dane annualizowane). Stopa bezrobocia wzrosła w lutym do 4,4 proc., a liczba nowych etatów niespodziewanie spadła o 92 tys. Wzrost płac wyniósł jednak 4,6 proc., przy inflacji utrzymującej się na poziomie 2,4 proc. To nie są jeszcze dane sugerujące recesję.

– Przed ostatnim skokiem cen ropy naftowej w amerykańskim przemyśle wytwórczym trwało ostrożne ożywienie – mówi Thomas Ryan, ekonomista z firmy badawczej Capital Economics.

Czytaj więcej

Eskalacja na rynkach po ultimatum Trumpa i replice Iranu. Kolejny szok naftowy?

Jego zdaniem, do tego ożywienia częściowo przyczynił się boom na AI, zwiększający popyt na podzespoły komputerowe. – Jednak sektory high-tech nie mogą przypisać sobie pełnej zasługi za niedawne poprawienie się wskaźników aktywności produkcyjnej, ponieważ odpowiadają za mniej niż 5 proc. całkowitej produkcji. Co więcej, mimo wciąż solidnego wzrostu na poziomie 9 proc. r/r, dynamika produkcji high-tech w ostatnim czasie wyraźnie zwalnia. Zamiast tego produkcja w bardziej tradycyjnych sektorach w ostatnich miesiącach zaczęła rosnąć po kilku latach kurczenia się, co jest zgodne z poszerzaniem się ożywienia. Głównym czynnikiem napędzającym wzrost było odbicie w globalnym cyklu produkcyjnym. Amerykański sektor wytwarzający dobra jest silnie uzależniony od warunków globalnych, które w ciągu ostatnich trzech lat systematycznie się poprawiały, a ostatnio wyraźnie przyspieszyły – dodaje Ryan.

Wysoki próg bólu dla gospodarki USA

Ekonomiści biorący udział w zeszłotygodniowej ankiecie „The Wall Street Journal” podwyższyli średnie prawdopodobieństwo recesji w USA do 32 proc. To niewielki wzrost w porównaniu ze styczniem, gdy wynosiło ono 27 proc. Ogólnie spodziewają się oni, że inflacja będzie przejściowo wyższa, a wzrost gospodarczy i bezrobocie pozostaną w dużej mierze na tym samym poziomie – pod warunkiem, że szok naftowy okaże się tymczasowy.

Zapytani, jak bardzo musiałaby wzrosnąć cena ropy, aby prawdopodobieństwo recesji w USA przekroczyło 50 proc., podali szeroki zakres odpowiedzi: od 90 do 200 dol. za baryłkę, przy średniej wynoszącej 138 dol. W odpowiedziach na pytanie, jak długo ceny ropy musiałyby utrzymywać się na podwyższonym poziomie, by poważnie zaszkodzić gospodarce, wskazali od 4 do 55 tygodni, ze średnim czasem 14 tygodni.

Analitycy Goldman Sachs niedawno podwyższyli prawdopodobieństwo recesji w USA do 30 proc. Ekonomiści firmy EY Parthenon oceniają je na 40 proc., eksperci Wilmington Trust na 45 proc., a Moody’s Analytics szacuje je aż na 48,6 proc. Agencja Bloomberga ocenia natomiast prawdopodobieństwo recesji w USA na poziomie 25 proc. Mediana zebranych przez nią prognoz analityków sugeruje, że amerykański PKB urośnie w tym roku o 2,4 proc.