Z tego artykułu się dowiesz:

  • Jakie są kluczowe interesy i strategie głównych aktorów konfliktu?
  • Co decyduje o odporności Iranu i jego asymetrycznych strategiach odpowiedzi?
  • Czy szybkie polityczne porozumienie w obecnej sytuacji jest realne?
  • Jaka jest pozycja państw Zatoki i jakie zagrożenia niesie dla nich eskalacja?

Obserwując konflikt na Bliskim Wschodzie i niesamowite zwroty sytuacji z dnia na dzień, bardzo łatwo jest się w tym wszystkim pogubić. Kim są główni aktorzy i na czym im zależy?

Jest trzech głównych aktorów konfliktu: Stany Zjednoczone, Izrael oraz Iran. Najbardziej przewidywalnym i konsekwentnym graczem jest tutaj Izrael, który jest zainteresowany degradacją potencjału politycznego i militarnego Iranu. I robi to od lat. Obecna wojna jest dla Izraela szansą, by ostatecznie zniszczyć irański reżim i długofalowo ograniczyć irański potencjał oddziaływania w regionie.

Z kolei Stany Zjednoczone są zainteresowane uregulowaniem problemu irańskiego, który ciąży nad nimi przez ostatnich 50 lat. Chodzi przede wszystkim o ograniczenie zagrożeń militarnych, czyli likwidację potencjału balistycznego Iranu i likwidację jego programu nuklearnego, który długofalowo mógłby zmienić strategiczny układ w regionie. W styczniu doszła do tego kwestia zmiany reżimu – choć tutaj prezydent Trump dopuszczał porozumienie z częścią elity rządzącej. Po 4 tygodniach wojny główną kwestią staje się raczej zakończenie konfliktu z twarzą i minimalizacja strat.

A na czym zależy Iranowi?

Irański reżim walczy o przetrwanie. Ten kraj znajduje się w izolacji międzynarodowej i gospodarczej, która ciągle się zacieśnia. Od kilku lat jest poddany silnej presji Izraela i Stanów Zjednoczonych, które redukowały jego wpływy w regionie – np. w Syrii i Libanie. Jednocześnie Iran ma cały szereg poważnych problemów wewnętrznych: gospodarczych, politycznych i społecznych, czego przejawem były masowe, krwawo stłumione protesty w styczniu tego roku.

Czytaj więcej

Jarosław Stróżyk: Zachowań prorosyjskich jest w Polsce coraz więcej

Dziś, pogrążony w kryzysie i zrujnowany przez wojnę Iran jednak trwa, punktuje słabości USA i paradoksalnie odzyskuje inicjatywę w konflikcie oraz walczy o uznanie przez świat swojego specjalnego statusu.

Jednak są gracze pomniejsi czy może raczej „przypadkowe ofiary” tego konfliktu, czyli państwa Zatoki. Rozumiem, że to są statyści tej wojny?

W pewnym sensie tak. Konflikt między Iranem a państwami Zatoki jest bardzo głęboki i poważny, co nie zmienia faktu, że państwa Zatoki zdecydowanie są niechętne do tego, żeby się w konflikt włączać i bardzo boją się postępującej degradacji ich infrastruktury gospodarczej, którą atakuje Iran.

Państwa Zatoki mają też potężny problem, bo ich wizja bezpieczeństwa, która się opierała na Stanach Zjednoczonych, dzisiaj stanęła pod znakiem zapytania. Z kolei z perspektywy Iranu to jest najlepszy, najbardziej skuteczny sposób asymetrycznej odpowiedzi na atak izraelsko-amerykański, który pozwala wywierać presję na Amerykanach, ponieważ Iran nie ma możliwości militarnego pokonania Izraela i Stanów Zjednoczonych. To możliwość szachowania kryzysem w Zatoce Perskiej, kryzysem gospodarczym jest bardzo skutecznym elementem nacisku Iranu.

Czego możemy się spodziewać w tym konflikcie w najbliższych tygodniach?

Niezależnie od sukcesów taktycznych i przewagi militarnej, Izrael a zwłaszcza USA są dalekie od osiągnięcia swoich celów. Waszyngton testuje rozwiązanie polityczne, ale gdy to się nie uda, a szanse są niewielkie, będzie „musiał” eskalować konflikt.

Obserwując ten konflikt, nie był pan zaskoczony tym, jak skutecznie Iran potrafił odpowiedzieć i że najpotężniejsza armia świata, którą dysponują Stany, pozwoliła na zablokowanie Cieśniny Ormuz i uderzenia w pola gazowe?

Odporność Iranu i perspektywa zablokowania Cieśniny Ormuz były stałym założeniem w analizach ekspertów w ostatnich dekadach. To był podstawowy powód, dla którego mimo wielu motywacji, Iran nigdy nie był w ten sposób zaatakowany przez ostatnich 50 lat, mimo że taka chęć ze strony Izraela i Stanów Zjednoczonych kilkukrotnie się pojawiała. Dlatego sposób odpowiedzi i odporność Iranu zaskoczeniem nie są.

Za to zaskoczeniem jest to, że gdy nie powiódł się ten plan szybkiego załamania reżimu i wykorzystania obiektywnych słabości wewnętrznych Iranu, zabrakło wariantu B przygotowanego przez Amerykanów.

Czytaj więcej

Wojna w Zatoce Perskiej może wpłynąć na dostawy uzbrojenia dla Polski

Z czego wynika ta odporność i w pewnym sensie „siła” Iranu?

Od 50 lat, od samego wybuchu islamskiej rewolucji, oni we własnym mniemaniu są oblężoną twierdzą, a to powoduje, że gros wysiłków państwa jest skupionych właśnie na budowie tej odporności, która ma zapewnić państwu bezpieczeństwo. Wobec oczywistych słabości, Iran doskonalił rozmaite hybrydowe i asymetryczne metody odpowiedzi na zagrożenie i to zarówno w wymiarze defensywnym, to znaczy obrony własnego terytorium i reżimu, jak też oddziaływania na szeroko pojęty region. Przykładem jest chociażby rozwijanie programu balistycznego czy bardzo kosztowny program nuklearny.

Z perspektywy Iranu była kalkulacja, że porozumienie polityczne ze Stanami Zjednoczonymi i z Izraelem jest bardzo mało prawdopodobne, o czym się wielokrotnie przekonywali, zatem muszą być gotowi do obrony. Potencjał odstraszania Iranu jest ich kartą do ewentualnych politycznych negocjacji z Zachodem.

Możliwe jest takie porozumienie w najbliższym czasie?

Byłby to scenariusz najbardziej optymistyczny. Teoretycznie takie porozumienie mogłoby być możliwe między Iranem i Stanami Zjednoczonymi. Trump wielokrotnie deklarował chęć politycznego porozumienia. Obecnie jest pod silną presją, więc też mu na tym bardziej zależy.

Iran również był zainteresowany politycznym uregulowaniem tego konfliktu, bo walczy o przetrwanie. Jego pozycja z jednej strony jest bardzo mocna, ale z drugiej strony jest potężnie zniszczony i osłabiony wewnętrznie.

Teoretycznie można byłoby przygotować listę tematów, możliwych do rozwiązania metodami politycznymi. Jednak problemem jest brak zaufania ze strony Irańczyków wobec Stanów Zjednoczonych. Przypomnę, że do obecnego ataku doszło dzień czy dwa dni po negocjacjach. Podobnie było z dwunastodniową wojną w czerwcu ubiegłego roku. Z kolei wcześniej było zerwanie porozumienia nuklearnego JCPOA przez Trumpa. Irańczycy mają prawo nie dowierzać Amerykanom. To by utrudniało negocjacje.

Ale ich nie wyklucza.

Jednak to, co dzisiaj przekreśla możliwość osiągnięcia politycznego porozumienia, jest fakt, że stroną konfliktu jest Izrael, a jednocześnie to państwo nie uczestniczy w rozmowach politycznych z Iranem. Izrael jest jednoznacznie nastawiony na degradację Iranu. To oznacza, że nawet gdyby udało się Amerykanom i Irańczykom osiągnąć porozumienie polityczne, które teoretycznie wydaje się możliwe, nie będzie ono respektowane przez Izrael. W związku z tym konflikt będzie się toczył dalej i w związku ze specjalnymi relacjami Stanów Zjednoczonych i Izraela, USA w jakiejś formie musiałyby do tego konfliktu wrócić. Ta sytuacja może się szybko zmienić. Jednak na razie nisko oceniam prawdopodobieństwo szybkiego politycznego rozwiązania obecnego kryzysu.

Na ile istotne jest to, że w USA w listopadzie są wybory do Kongresu, a w Izraelu nawet wcześniej, bo w październiku? To jednak nie przyspieszy negocjacji?

To powinno zachęcać do szybkiego zakończenia konfliktu. Jednak w przypadku Izraela porozumienie polityczne nie jest rozwiązaniem tego problemu. Dlatego opcją pozostaje, przynajmniej czasowa, eskalacja konfliktu. premier Netanyahu musi swoim wyborcom pokazać, że jest zwycięzcą w tym konflikcie, że rozwiązał problem irański. Degradacja Iranu, która postępuje, wyborcom izraelskim pozwoli odczuć, że faktycznie tutaj Netanyahu osiągnął bardzo, bardzo dużo.

Dużo trudniejsza jest sytuacja Trumpa, ponieważ on musi wrócić z tej wojny z wiarygodnym dla republikańskich wyborców komunikatem, że ją wygrał. Zakończenie wojny szybko, ale na bardzo złych warunkach, obciążałoby Trumpa w wyborach listopadowych. Presja, żeby ten konflikt zakończyć jakąś formą mniej lub bardziej wiarygodnego zwycięstwa, jest w Stanach Zjednoczonych bardzo wysoka.

Czytaj więcej

Offset do śmigłowców Apache wreszcie ląduje

Co dalej?

Szybkie polityczne rozwiązanie problemu dzisiaj jest mało prawdopodobne.

Jednostronne wycofanie się USA z wojny byłoby klęską polityczną Trumpa, a co ważniejsze, nie rozwiązałoby obecnego kryzysu w Zatoce. Także Irańczycy czują, że muszą wykorzystać obecną przewagę i narzucić korzystne dla siebie rozwiązanie polityczne – nie stać ich na czasowe zamrożenie konfliktu. Zatem zarówno Waszyngton, jak i Teheran będą zainteresowane w eskalacji: Teheran, żeby maksymalnie podnieść koszty dla USA, Waszyngton i Tel Awiw, by jednak zdezintegrować i złamać reżim. Byłaby to intensywna wojna nerwów i wojna na wyczerpanie, również wyczerpanie irańskich rakiet i środków obrony powietrznej oraz amunicji do ataków na Iran – w obu przypadkach są to konkretne środki, które się wyczerpują. Strona, która przetrzyma, będzie dyktować warunki polityczne. Realne koszty eskalacji oczywiście ponosiłyby – obok Iranu – państwa Zatoki Perskiej.

Jakie byłyby tego skutki?

Eskalacja może pogłębić te zjawiska, które nas najbardziej niepokoją, czyli faktyczną blokadę Cieśniny Ormuz i postępującą degradację infrastruktury energetycznej w Zatoce Perskiej. W odpowiedzi na eskalację USA, jest irańska groźba dalszego gwałtownego niszczenia infrastruktury wydobywczo-przetwórczej w Zatoce Perskiej czy niszczenia ich stacji odsalania wody. I tu dochodzimy do scenariusza dla Europy najbardziej niepokojącego, tego, że konflikt się zaostrza, a polityczne jego rozwiązanie staje się coraz mniej prawdopodobne. Wówczas mielibyśmy perspektywę długiego kryzysu energetycznego i gospodarczego na świecie.

Na ile realny jest taki scenariusz?

Jest prawdopodobny. Zakładam, że eskalacja jest bardzo prawdopodobna, bo na tym będzie zależeć stronom, które chciałyby zakończyć ten konflikt na korzystnych dla siebie warunkach. Pytanie jest tylko o skalę ewentualnych zniszczeń, do których by doszło.

Jak pan ocenia to, że w ten konflikt nie zaangażowali się sojusznicy Stanów z NATO, ale też UE?

Myślę, że jest małe zrozumienie dla interesów amerykańskich, jeżeli chodzi o atak na Iran i wręcz negatywne podejście do tego, jak Izrael prowadzi politykę wobec Iranu. W Europie jest za to bardzo duża świadomość kosztów i ryzyk związanych z tą wojną. Europa, dużo bardziej niż Stany Zjednoczone, jest narażona na koszty gospodarcze i polityczne tego konfliktu, w żadnym scenariuszu nie wyjdzie z niego silniejsza. Do tego oczywiście dochodzą nieporozumienia między Europejczykami a Trumpem i dystansowanie się od pewnej nieprzewidywalności jego polityki.

Nie dziwi pana stosunkowo małe zaangażowanie Chin w ten konflikt?

Chiny nie bardzo mają instrumenty, żeby w sposób aktywny się w ten konflikt angażować. Najbardziej bezpieczną i wygodną formą było zdystansowanie się, czego pozytywne dla Chin skutki już widać. Podkreślę, że oni cały czas kupują ropę irańską i nie chcą wybierać między Iranem a innymi krajami Zatoki Perskiej.

Na obecnym etapie konfliktu Stany Zjednoczone są w impasie i to jest dla nich bardzo kosztowne, za to jest to wygodna sytuacja dla Chin. Metoda wyczekiwania pozwala nie wikłać się w ten konflikt i zachować maksymalne pole manewru oraz wykorzystywać osłabianie się czy ugrzęźnięcie Stanów Zjednoczonych w tej wojnie.

O rozmówcy

Krzysztof Strachota

Jest koordynatorem projektu Środkowy Wschód w Ośrodku Studiów Wschodnich