Mamy kryzys energetyczny, który wynika z wysokich cen gazu. W latach 70. podobnie drożała ropa naftowa. Efektem były duże zmiany na rynku energii: zmniejszono pojemności silników spalinowych i zaczęto wykorzystywać gaz, wcześniej traktowany jako odpad.

Wtedy też pojawiły się pierwsze projekty wiatrakowe, jeszcze nieudane, bo miały niską sprawność i problemy techniczne.

Czytaj więcej

Ukłon Brukseli w stronę Polski. Atom może być zieloną inwestycją

Jak obecny kryzys może zmienić system energetyczny?

Nie wiem, czy to kryzys energetyczny. W pewien sposób można się było go spodziewać. Niekoniecznie widzę tu analogię z kryzysem w latach 70., ale raczej z tym, co się dzieje na rynku mikroprocesorów. Czy ktoś przewidywał, że nagle nie będziemy mogli produkować samochodów, bo zabraknie mikroprocesorów? Skala odbicia przemysłowego po koronawirusie zaskoczyła wszystkich. Wszystkie moce przerobowe były przykręcone. Nagle mamy zapotrzebowanie na energię elektryczną. Problem zimy i mniejszych zasobów gazu wywindował wszystkie ceny wysoko w górę. Wcześniejsze kryzysy wynikały z zatrzymania dostaw. Teraz jest kryzys popytowy, bo zapotrzebowanie nagle wzrosło, a nie jesteśmy w stanie szybko go zaspokoić (tu także przy udziale krajów-dostawców – jak Rosja – windujących ceny). Trzeba przeczekać zimę, żeby było więcej gazu i stabilniej wiało w wiatrakach, a ceny trochę spadną, choć pewnie nie wrócą w pełni do poziomów z lat 2019–2020.

Jesteśmy w szczególnym momencie rewolucji energetycznej. Od dłuższego czasu świat przestawia się na energetykę odnawialną. Szczególnie UE, która przebudowuje cały system energetyczny, napotykając okresowe trudności. To dzieje się na całym świecie. Nowy system energetyczny nie do końca jest gotowy na chwilowe ataki podażowe, spekulacyjne i braki dostaw. Nad nowym systemem musimy jeszcze trochę popracować. To impuls, który będzie działał w kierunku magazynowania energii, gospodarki wodorowej i paradoksalnie jeszcze więcej OZE. Nie jest to powód do powrotu do węgla, jak się niektórym wydaje.

Ale jesienią były momenty, kiedy okazywało się, że energia z gazu jest gigantycznie droga i nagle Polska staje się eksporterem energii z węgla...

To są obrazki z rynków spotowych, na które przypada 8–15 proc. całego obrotu energii. Gdyby ktoś, kto działa racjonalnie, kupił kontrakty terminowe na cały obecny rok i przyszły po cenach trzykrotnie niższych, to mógłby się całkowicie zabezpieczyć. Ten rynek podlega wysokim wahaniom: jest tam bardzo drogo albo bardzo tanio. Można na nim wszystko pokazać, choć oczywiście obecny poziom cen zaskoczył wszystkich, także ekspertów. Ale pewnie w marcu znów zobaczymy ceny 50 euro/MWh i polski rynek będzie najdroższy. Co wtedy powiemy? Proste wnioski nie będą realną oceną energetyki.

Co należy w Polsce zrobić, żeby w czasie olbrzymiej huśtawki cenowej uciec do przodu i nie zostać z tyłu z węglem? Co może dać impuls do dokonania skoku i wyjścia z kryzysu obronną ręką?

Autopromocja
Wyjątkowa okazja

Roczny dostęp do treści rp.pl za pół ceny

KUP TERAZ

Jesteśmy w trakcie rewolucji energetycznej i Polska musi się do niej dostosować. Musimy przejść z paliw kopalnych na nowy system energetyczny. Musimy budować tyle OZE, ile się tylko da, bo bez nich nasz przemysł przestanie być konkurencyjny i nie będziemy nic eksportować. Gwarantuję, że w ciągu kilku lat będziemy liczyć ślad węglowy w całej Europie. Wiadomo, co trzeba zrobić. Ważniejsze pytanie jest, dlaczego się tego nie robi? Trwa obrzucanie się argumentami, kto jest winien wysokim cenom energii i gazu. Ktoś ma pieniądze na kolorowe obrazki pokazujące, ile kosztuje nas system ETS, ktoś opowiada, jak wielkim zagrożeniem jest polityka europejska. Ale przecież to jest jasne już od 2003 r. Dzisiaj mamy pieniądze na kolorowe foldery, ale nie mieliśmy pieniędzy i czasu przeczytać regulacje i je zrozumieć? Każdy energetyk powie mniej więcej to samo: należy budować szybciej OZE. Trzeba zmodyfikować ustawę 10H [tzw. odległościową, wedle której wiatraki mogą powstawać nie bliżej od domostw niż dziesięciokrotność wysokości – red.] i przypilnować, by morskie farmy wiatrowe powstały jak najszybciej. Plakaty i grafiki pokazują, że 59 proc. ceny stanowią parapodatki UE, ale my przecież płacimy je do budżetu państwa polskiego. 25 mld zł z pozwoleń emisyjnych zostało wzięte do budżetu i nie wróciło do energetyki. Mówi się o funduszu modernizacji energetyki. Jest legislacja, ale nie została ukończona. Jest tam propozycja, że 40 proc. z opłat emisyjnych ma zawracać do energetyki. A gdzie pójdzie reszta? Gdzie są pieniądze, które płaci energetyka i dlaczego nie dostaje ich z powrotem? Znowu, zamiast zapobiegać problemom, desperacko leczymy objawy, gdy jest za późno.

W pakiecie Fit for 55 jest zapis, że całe pieniądze ze sprzedaży uprawnień do emisji mają iść na transformację energetyki.

Politycy nie czytają czegokolwiek, dopóki nie pojawi się problem. Przyszłością Europy jest to, że opłaty emisyjne nie będą kierowane do funduszy krajowych, ale centralnego funduszu europejskiego. Na to trzeba się przygotować, bo będzie tragedia. Okaże się, że nie można tymi pieniędzmi łatać dziury budżetowej. Sytuacja jest absurdalna: z jednej strony oskarżamy UE, że źródłem wzrostu cen energii jest parapodatek europejski, a z drugiej konsumujemy go na bieżące wydatki budżetowe i nic nie robimy, żeby zmienić miks energii. Może jednak za te 25 mld zł przebudować system energetyczny, a nie tylko rozdawać część na tarczę antyinflacyjną? Znowu zmieniamy ustawę o prosumentach. Powód: była za dobra dla inwestujących. Prosumenci za dużo korzystali, a koszty bilansowania systemu były przerzucone na dystrybucję. Nie ma pieniędzy, żeby go przebudować. A przecież jednocześnie jest to zmiana finansowana pieniędzmi prosumentów, państwo nie musi inwestować w same źródła energii, wystarczy zmienić sieci dystrybucyjne. Nie możemy pieniędzy z opłat emisyjnych skierować na przebudowę sieci dystrybucyjnej i pozwolić, by ludzie sami przebudowali ten system? Wydawałoby się, że to proste. Jest cała lista tego, co można zrobić. Nic się jednak nie dzieje. Cały wysiłek idzie w awanturę albo marketing.

6 grudnia Polska miała duży problem z utrzymaniem stabilności systemu elektroenergetycznego. Musieliśmy pilnie importować energię, by mieć zapewnioną rezerwę. Takie problemy będą się powtarzać?

Byłbym daleki od straszenia blackoutem. Są możliwe okresowe zmniejszenia zużycia, ale tylko wtedy, gdyby doszło do wyjątkowego zbiegu niekorzystnych okoliczności, jak np. długotrwałe niekorzystne warunki pogodowe, czyli okres bezwietrzny i problemy z generacją. To coraz bardziej możliwe w perspektywie roku 2025. Widać po aukcjach mocy, że niewiele się będzie działo, jeśli chodzi o przyrost mocy w systemie. Naturalnie będziemy stawać się importerem energii elektrycznej. To się już działo w latach 2018–2020. W 2021 r. staliśmy się małym eksporterem, ale w kolejnych latach będziemy znowu importerem energii elektrycznej. Trzeba się na to przygotować, zwiększyć połączenia transgraniczne, żeby było więcej możliwości wyboru, skąd importować energię, jeśli nie wybudujemy elektrowni na czas. Wybudujmy połączenia, żebyśmy nie byli zależni od importu z jednego kierunku i abyśmy mogli optymalizować koszty zakupu energii.

W jaki sposób zazielenić transport, gospodarkę i energię, gdy 85 proc. wytwarzanej energii mamy z paliw kopalnych?

Jeszcze dziesięć lat temu można było snuć alternatywne wizje. Mamy 85 proc. brudnej energii (z paliw kopalnych powodujących emisję CO2) i tłumaczymy, że transformację ekstremalnie trudno zrobić. Nie ma w tej chwili dobrego rozwiązania. Politycy potrafią podejmować decyzje, tylko gdy jest ona neutralna dla elektoratu. A najlepiej, żeby przynosiła im jakieś korzyści. Teraz się tak nie da. Polityka energetyczna będzie dla nas bolesna i musimy się do tego przyzwyczaić.

—notował Grzegorz Balawender