Do tego, że więcej spółek znika z warszawskiej giełdy, niż się na niej pojawia, można było w ostatnich latach się przyzwyczaić. W trendzie tym jest jednak coś bardziej niepokojącego niż same liczby. Niektórzy inwestorzy czy też akcjonariusze, którzy próbują zdjąć firmę z giełdy, wprost mówią, że nie widzą wartości dodanej z samego faktu, że firma jest publiczna.
„Utrzymywanie statusu spółki publicznej ogranicza możliwość szybkiego i elastycznego reagowania na dynamicznie zmieniające się uwarunkowania ekonomiczne, regulacyjne oraz geopolityczne, zawirowania na globalnych rynkach finansowych i surowców, a także w bezpośrednim otoczeniu spółki” – taka argumentacja pojawiła się przy okazji wezwania na akcje firmy Ciech ogłoszonego przez KI Chemistry z grupy Kulczyk Investments. Kilka lat temu, przy okazji zdejmowania z giełdy firmy Synthos, o rosnących kosztach i obowiązkach związanych z funkcjonowaniem na GPW mówił Michał Sołowow.
Czytaj więcej
Skokowy wzrost produkcji nad Wisłą może nastąpić, zwłaszcza jeśli na budowę nowoczesnej warzelni soli zdecyduje się KGHM. Obecnie w tej branży król...
Kosztowna droga
– Bycie teraz spółką publiczną to jest bardzo duże wyzwanie. To kosztowna, długa i często niebezpieczna droga do pozyskania kapitału – mówił podczas Forum Funduszy w Kazimierzu Dolnym Rafał Mikusiński, zastępca przewodniczącego KNF.
Nad tą sprawą pochyliło się Stowarzyszenie Emitentów Giełdowych. – W ubiegłym roku przeprowadziliśmy badanie kosztów i korzyści związanych z notowaniem na giełdzie. Koszty finansowe nie były dla mnie zaskoczeniem – dla spółek dużych były one największe (średnio około 2 mln zł rocznie) w wartościach bezwzględnych, choć niezauważalne w relacji do wartości spółki. W przypadku małych emitentów koszty bezwzględne były najmniejsze (średnio ok. 190 tys. rocznie), ale w odniesieniu do kapitalizacji były bardzo wysokie (relacja kosztów do kapitalizacji w przypadku grupy najmniejszych spółek była ponad 50 razy wyższa niż w przypadku grupy największych emitentów) – mówi Mirosław Kachniewski, prezes SEG. Jak sam jednak przyznaje, zaskoczeniem była dla niego kwestia kosztów pozafinansowych, związanych z ograniczaniem możliwości prowadzenia biznesu.
Czytaj więcej
Inwestorzy instytucjonalni uznali, że oferta akcji spółki kosmetycznej jest zbyt droga.
– Wskutek bardzo wysokiego poziomu otwartości informacyjnej konkurowanie z nienotowanymi podmiotami jest bardzo trudne. Przy czym dotyczyło to głównie spółek małych, które z uwagi na charakter i skalę prowadzonej działalności często muszą konkurować z przedsiębiorstwami nieujawniającymi na swój temat żadnych danych – podkreśla Kachniewski.
Jeszcze większym zaskoczeniem był brak korzyści związanych z pozyskiwaniem finansowania. Okazało się, że małe notowane spółki znalazły się w próżni finansowej – nie są na tyle duże, aby pozyskiwać kapitał z rynku na atrakcyjnych warunkach, a inwestorzy strategiczni nie są zainteresowani inwestycją z uwagi na… fakt notowania.
Sa też zalety
– Bycie spółką notowaną pociąga za sobą wiele dodatkowych obowiązków i obostrzeń. Nie dla każdego rodzaju biznesu stawanie się spółką publiczną jest dobre. Niemniej w kontekście mPay na pewno obecność na giełdzie jest na ten moment optymalnym rozwiązaniem – mówi Karol Zieliński, członek zarządu firmy mPay, która jest notowana na NewConnect. – Po pierwsze, daje nam to możliwość pozyskiwania pieniędzy z rynku kapitałowego na rozwój, inwestycje czy ekspansję na nowe rynki. To zaś pozwala na szybszy wzrost i maksymalne wykorzystanie potencjału. Po drugie, notowanie na giełdzie przynosi zwiększoną widoczność i prestiż. Po trzecie, otwiera nam drzwi do zatrudniania i lepszego wynagradzania najlepszych talentów – wylicza Zieliński.
– Bycie na giełdzie pozwala dużo sprawniej pozyskać kapitał niż w przypadku spółki pozagiełdowej, która będzie chciała pozyskać kapitał poprzez jej wprowadzenie na GPW. W przypadku takich transakcji jak przejęcie może to być bardzo ważna zaleta – dodaje z kolei Michał Szymański, prezes VIG/C-Quadrat TFI.