Prospekty obu spółek ujrzały światło dzienne w lutym i zawierały dane finansowe za ostatni rok kalendarzowy. Facebook chwalił się, że w grudniu 2011 r. miał średnio 483 mln aktywnych użytkowników dziennie (DAU), czyli o 48 proc. więcej niż rok wcześniej. Snap eksponuje DAU w ujęciu kwartalnym i twierdzi, że w ostatnich trzech miesiącach 2016 r. było ich 158 mln, czyli o 48 proc. więcej niż w IV kwartale 2015 r. Dopiero po zagłębieniu się w prospekt można się dowiedzieć, że w grudniu ub.r. było ich 161 mln, czyli o 46 proc. więcej niż rok wcześniej.

Snap, jak pięć lat temu Facebook, w IPO sprzedaje ponadprzeciętny wzrost. Ubiegłoroczna dynamika przychodów Snapa była dużo wyższa niż ta, którą mógł się pochwalić w 2011 r. Facebook. Przychody Snapa w roku poprzedzającym IPO wzrosły niemal sześciokrotnie, do ponad 404 mln USD. Facebook, publikując prospekt, mógł się pochwalić niespełna 90-proc. wzrostem przychodów, ale w 2011 r. wynosiły one 3,7 mld USD, a więc były ponaddziewięciokrotnie wyższe niż u Snapa w ub.r. Co ważne dla wszystkich, którzy nie są fanatycznymi zwolennikami używanych do porównań start-upów mnożnikowych wycen porównawczych, Facebook w 2011 r. miał całkiem przyzwoite zyski i rentowność. Snap być może kiedyś pochwali się zyskami.

Specjaliści od wycen mnożnikowych zwracają uwagę, że poziom wskaźnika cena do sprzedaży liczonego jako oczekiwana kapitalizacja Snapa w chwili IPO (22,5 mld USD) do ubiegłorocznych przychodów jest dwa razy wyższy niż w przypadku Facebooka w 2012 r. Ten sam wskaźnik liczony dla oczekiwanych tegorocznych przychodów w przypadku Snapa i przychodów Facebooka za 2012 r. jest już niemal taki sam: 22,5 dla Snapa i 20,4 dla Facebooka. Z kolei wskaźnik kapitalizacja na aktywnego użytkownika wyliczony dla Snapa jest 30 proc. niższy niż w przypadku Facebooka w chwili debiutu. Stąd wśród tych, którzy stosują wyceny mnożnikowe, panuje przekonanie, że Snap w IPO nie jest taki drogi, jak na pierwszy rzut oka się wydaje. Nie inaczej było w przypadku ich opinii o Facebooku, ale należy pamiętać, że z racji zysków, jakie serwis miał od trzech lat, wyceny mnożnikowe miały mniejsze znaczenie.

Wszelkie porównania Snapa do Facebooka nie są przypadkowe. Facebook, mimo że tuż po debiucie jego kurs poszedł w dół i nim znalazł twarde dno, spadł o ponad połowę, jest przykładem giełdowego sukcesu. Tym samym porównania odzwierciedlają nadzieje na sukces właściciela serwisu Snapchat.

Tym, co wyraźnie różni obie firmy, jest strategia rozwoju. Facebook zmierzał w kierunku zdobycia użytkowników wszędzie, gdzie tylko się da, zaś Snap mówi, że nastawia się głównie na bogate kraje rozwinięte. Z punktu widzenia potencjalnych przychodów reklamowych zapewne ma rację, bo klient z bogatego kraju jest z punktu widzenia reklamodawców ciekawszy niż z ubogiego, ale taka strategia rodzi też ryzyko, bo mocno zawęża liczbę potencjalnych użytkowników. Dotychczasowa historia pokazuje, że przychody podążają za rosnącą liczbą użytkowników i gdy Twitter odnotował spowolnienie wzrostu liczby użytkowników, reklamodawcy zareagowali bardzo gwałtownie, co widać było w przychodach serwisu.

Snap sam z siebie raczej nie chce być porównywany z Facebookiem. Takie porównania rozbudzają bowiem oczekiwania inwestorów i wszelkie potknięcia – a tych Snap bez wątpienia nie uniknie – natychmiast karane są gwałtownymi spadkami cen akcji. Stąd w prospekcie emisyjnym nacisk na wprowadzone we wrześniu 2016 r. na rynek Spectacles, czyli okulary przeciwsłoneczne z kamerą. Jak wyliczono, słowo „kamera” w dokumencie ofertowym pojawia się blisko 80 razy. Trzeba przyznać, że jest to zabieg równie ryzykowny, jak zawężanie rynku do krajów rozwiniętych. Spectacles to produkt z kategorii galanterii elektronicznej (ang. wearables), a ta – po pierwszych zachwytach spowodowanych czy to kamerami GoPro, czy to opaskami do fitnessu, czy to inteligentnymi zegarkami – nie ma obecnie najlepszych notowań. I to mimo że zaliczana jest do uznawanego za przyszłościowy internetu rzeczy.