Film reżyseruje Barry Levinson – twórca m.in. „Rain Man” i „Bugsy”. Lekarza nazywanego Doktorem Śmierć zagrał Al Pacino. Ta rola to majstersztyk. Nic dziwnego, że otrzymał za nią nagrodę Emmy i Złoty Glob.

Kevorkiana poznajemy jako przygaszonego, starszego człowieka, który ma świadomość przegranej. Nie był doceniany, gdy pracował jako patolog. A po tym, gdy zaczął pomagać śmiertelnie chorym umrzeć, stał się wrogiem wymiaru sprawiedliwości.

Przez długi czas sądy i policja były wobec niego bezradne. Kevorkian nie zabijał. Asystował jedynie przy samobójstwach, na co nie było w prawie odpowiedniego paragrafu.

Najpierw nagrywał na wideo wypowiedzi pacjentów. Mówili o nieludzkim cierpieniu i wyrażali zgodę na rozstanie się z życiem. Następnie korzystali z urządzenia skonstruowanego przez Doktora Śmierć. Wystarczyło zerwać plombę, by wdychać trujący gaz. W ten sposób Kevorkian „pomógł” 130 osobom. Za swoje usługi nie brał pieniędzy.

Jednak lekarzowi nie wystarczało egzystowanie w szarej strefie. Chciał być jak Mahatma Ghandi lub Martin Luther King, na których często się powoływał. Miał nadzieję, że wpłynie na społeczną świadomość, by walczyć o poszerzenie sfery praw obywatelskich o śmierć na życzenie.

Dlatego zdobył się na szaleńczy krok. Jednemu z pacjentów wstrzyknął truciznę. A kasetę z nagraniem zabiegu posłał do telewizji. Pragnął medialnej debaty o eutanazji. Liczył, że jeśli sąd skaże go za zabójstwo, zostanie męczennikiem. Pacino fantastycznie ukazał przemianę Kevorkiana z orędownika godnego życia i zdrowego rozsądku w desperata, który postanowił – jak mówi sędzia w wyroku – „wziąć prawo we własne ręce”. Doktor Śmierć spędził za kratkami kilka lat. Wyszedł na wolność w 2007 roku. Gdyby nie film Levinsona, nikt by już o nim nie pamiętał.

Jednak produkcja HBO jest kontrowersyjna z innego powodu. Nie udaje, że chce zachować bezstronność, a czyny Kevorkiana analizuje z dystansem. Dramaturgię „Jacka, jakiego nie znacie” budują sceny z udziałem umierających pacjentów. To poruszające świadectwa cierpienia. Chwytają za gardło. A przy okazji wciągają widza w emocjonalny świat Kevorkiana. Stopniowo patrzymy na rzeczywistość jego oczami. Jakby twórcy chcieli nam powiedzieć: patrzcie, Kevorkian miał rację, tylko nie umiał jej odpowiednio przekazać. Ten ryzykowny moralnie film robi to za niego.