W filmie „Saint Laurent" portretuje pan człowieka, który jest królem życia, a jednak nosi w sobie pustkę.
Bertrand Bonello:
Współpracowniczka Yves'a powiedziała mi: „Zastanawiam się, jak to możliwe, że facet, który miał wszystko, czego potrzeba do szczęścia, nigdy nie był szczęśliwy". Chciałem to samo pytanie zadać w filmie. Depresja może zżerać człowieka, niezależnie od jego statusu.
Sylwetka
W pana obrazie cały świat mody jest wyprany z emocji i wrażliwości.
Próbowałem pokazać zderzenie pustki Saint Laurenta i pustki jego otoczenia. Stale otaczało go mnóstwo ludzi, a jednak czuł się bardzo samotny. Bo w świecie mody jest coś sztucznego, co sprzyja alienacji. Tworzy się tam zamknięta rzeczywistość, gdzie liczy się tylko piękno i blichtr. Niektórzy twierdzą, że moda to sztuka podrzędna. Ale w podrzędnej sztuce też zdarzają się wielcy artyści. Tacy jak YSL.
I to właśnie pana zafascynowało?
Saint Laurent był jak gwia zda rocka. Wyrazisty, spektakularny i filmowy. Wszyscy znamy jego twarz, świat obiegło też jego ikoniczne nagie zdjęcie. Dlatego postanowiłem zmierzyć się z jego fenomenem. Potem okazało się, że na ten sam pomysł wpadł Jalil Lespert. Ale nie chciałem się z nim ścigać, skończyłem swój obraz później.
Fakt, że powstał drugi film, zmienił coś w pana podejściu do tematu?
Poczułem się bardziej wolny. Mogłem wyrzucić zbędne biograficzne wątki, bo tę lekcję odrobił już Lespert. Jednak pod pewnymi względami byłem w gorszej sytuacji. On miał autoryzację domu mody i dostęp do oryginalnych strojów, my wszystko musieliśmy odtwarzać. Trudniej było nam też dostać się do przyjaciół Saint Laurenta. Ale kilka osób mi zaufało i to wystarczyło. Kiedy robi się film o prawdziwym bohaterze, w dodatku współczesnym, ludzie zawsze mówią: „Dobrze go znam, on by tak nie zrobił". A ja nie chciałem tworzyć sobowtóra projektanta, tylko pokazać swoją wizję. W kinie nie ma prawdy, są tylko punkty widzenia.
Zdecydował się pan pokazać tylko dziesięć lat z biografii artysty.
Wybrałem czas, który pozwolił mi w pigułce zamknąć całe uniwersum YSL. W 1967 roku był on młodym człowiekiem, który wszystkich zarażał perfekcjonizmem i uwodził charyzmą. W 1977 stał się już na swój sposób stary, zmęczony i wypalony. Ale ta dekada była dla niego niezwykła. Później robił rzeczy piękne, lecz już nie przewracał świata do góry nogami. A ja chciałem opowiedzieć o życiu szalonym: pełnym wielkich namiętności, hedonizmu i żalu, ekstazy i udręki. Ważna była dla mnie też atmosfera epoki.
YSL z pana filmu w gruncie rzeczy niewiele wie o świecie.
Dlatego w jednej ze scen podzieliłem ekran. Po lewej stronie pokazałem historyczne wydarzenia, po prawej projekty Laurenta. Chciałem powiedzieć: „Bądźmy szczerzy. Yves tworzy piękne stroje, ale za oknem ludzie tworzą nowy świat". Przecież koniec lat 60. był czasem wielkiej rewolty, a lata 70. położyły podwaliny naszej współczesności: naznaczonej hegemonią pieniądza, wypranej z bohemy. Widać to nawet w kinie. Pół wieku temu trwał karnawał wolności, kultura należała nie tylko do burżuazji. Do głosu doszła nowa fala, młodzi twórcy ścierali się z wielkimi mistrzami. Później w kinie władzę przejęły wielkie hollywoodzkie studia i podporządkowały sztukę tyranii biznesu. Identyczny proces przeszła moda. Dziś są oczywiście świetni designerzy, ale zasady gry się zmieniły.
Tęskni pan za bohemą? W „Apollonide. Zza okien domu publicznego" wzdychał pan do dawnych burdeli.
Myślę, że właśnie dlatego zaproponowano mi wyreżyserowanie „Saint Laurenta". Producenci wiedzieli, że zrobię „Apollonide" dziejącą się w świecie mody. Lubię opowiadać o artystach, bo przelewam wtedy na ekran emocje, które są mi bliskie. A tęsknota? Brakuje mi dawnej tolerancji i odwagi poszukiwania nowych rzeczy. Nawet jeśli czasem prowadzi to do dekadencji. Dlatego w tych dwóch filmach jest podobna nuta smutku.
Myśli pan, że ten smutek pasuje do naszych czasów?
Tak, bo bardzo się dziś czuje atmosferę upadku. W czasach AIDS i kryzysu ekonomicznego trudno być lekkoduchem. W depresyjnym świecie nie da się zrobić z życia wielkiego party i krzyczeć „Nie myślmy o jutrze". Bo to jutro wciąż nam spędza sen z powiek.
Bertrand Bonello Reżyser, aktor, scenarzysta, kompozytor Urodził się 11 września 1968 r. w Nicei. Ma wykształcenie muzyczne. Zadebiutował krótkim filmem „Qui je suis" (1996) według autobiografii Pasoliniego. Jest autorem kilku fabuł: „Pornograf" (2001), „Tiresia" (2003), „O wojnie" (2008), „Apollonide. Zza okien domu publicznego" (2011).