"Ferrari". Sukcesja na zakręcie

Po festiwalu w Wenecji pewien krytyk porównał „Ferrari” do „Ojca chrzestnego” z akcją na wyścigach. Bo Michaela Manna oprócz aut interesuje też rodzina.

Publikacja: 29.12.2023 03:00

Adam Driver potrafi tchnąć życie w pomnikową postać Ferrariego

Adam Driver potrafi tchnąć życie w pomnikową postać Ferrariego

Foto: Monolith Films

Niewiele sportów tak znakomicie prezentowało się na ekranie. Potwierdza to niedawny „Le Mans ’66” (2019) o trwającym dobę rajdzie oraz „Wyścig” (2013) o rywalizacji Nikiego Laudy i Jamesa Hunta w latach 70. Rajdowy film miał też Al Pacino – „Bobby’ego Deerfielda” w reżyserii Sydneya Pollacka (1977). Zachwycał dokument Asifa Kapadii o brazylijskim mistrzu świata F1 – „Senna” z 2010 r. Teraz Michael Mann, żywa legenda, po ośmiu latach wraca do kina z „Ferrarim”.

Firma czy rodzina

Jest rok 1957, życie Ferrarich znalazło się na zakręcie. Ważą się losy firmy, bo fabryka sprzedaje zbyt mało aut, by się utrzymać i pilnie potrzebuje inwestora. Pomóc może sukces np. triumf w historycznym wyścigu na tysiącmilowej trasie Mille Miglia.

Czytaj więcej

Adam Driver chciałby zagrać Kopernika

Również życie rodzinne sypie się bohaterom. Rok wcześniej zmarł po ciężkiej chorobie 24-letni Dino, jedyny syn Laury (Penélope Cruz) i jej męża Enzo (Adam Driver), kierowcy i założyciela włoskiej potęgi. Jednak Dino nie był jedynym potomkiem Enza, bo ten miał także drugiego syna spoza małżeństwa.

„Co o tym wszystkim myślisz” – pyta szef swojego mechanika, kiedy Modena zaczyna huczeć od plotek, bo Laura w końcu dowiedziała się o wszystkim. „Fabryka to źródło utrzymania wielu rodzin. Ferrari potrzebuje ciągłości” – odpowiada pragmatycznie technik. Ale żeby rozstać się z Laurą i usynowić 12-letniego Piera, Enzo musi spłacić małżonkę, która jest współwłaścicielką firmy. A żeby ją spłacić, potrzeba inwestora i koło się zamyka. Zatem stawka wyścigu stanowiącego punkt kulminacyjny 130-minutowego filmu jest czytelna. Nie tylko podium, ale też i sukcesja.

Poprzeczka stała wysoko. Nie tylko ze względu na poziom innych filmów o rajdach, ale też dorobek twórcy. Myli się jednak ten, kto twierdzi, że Mann ma przepis na hit. To raczej typ autora, którego część dzieł doceniono już po latach. Przykładem choćby „Miami Vice” (2006), na który kręcili nosami krytycy, by dopiero po latach uznać je za arcydzieło nowoczesnego kina, introwertycznie zagrane i kręcone nocami cyfrową kamerą w paradokumentalnym stylu. Z komercyjnymi wynikami też bywało różnie, klapą finansową był „Informator” czy biograficzny „Ali”, obydwa przecież świetne.

Krok przed wszystkimi

Porażki wynikały często z ambicji. Mann próbował nowych rzeczy, zawsze krok czy dwa przed innymi i dopiero z perspektywy czasu widać, że jest jednym z najbardziej wpływowych twórców w Hollywood z kategorii tych, którzy zmieniają kino.

Również najnowszy film Mannowi się udał. Mimo sędziwego wieku (80 lat!) zręcznie snuje wątki równoległe. Po festiwalu w Wenecji jeden z krytyków okrzyknął „Ferrari” mianem „Ojca chrzestnego” na torze wyścigowym i rzeczywiście, ten film ma odpowiednią gęstość – zarówno w obrazie, jak i psychologii postaci. Zdjęcia Erika Messerschmidta, stałego współpracownika Davida Finchera, wydobywają często postacie z mroku, a nad wszystkimi dominuje postawna sylwetka głównego bohatera. Perfekcjonisty w idealnie skrojonych garniturach.

Adam Driver potrafi tchnąć życie w tę pomnikową postać. Jego „Il Commendatore” (jak wszyscy w Modenie nazywają Enzo) jest surowy i apodyktyczny, otwiera się tylko przy dzieciach. Chłód dzieli go od żony, ale też oszczędne relacje łączą go z kierowcami. Jest trochę jak Neil McCauley z „Gorączki”. Sam był kierowcą i wie, jakie to ryzyko. Nie chce się przywiązywać do nikogo, kto w parę sekund może zginąć na torze.

Czytaj więcej

„Ferrari” Michaela Manna na festiwalu w Wenecji. Kryzys potentata

Część krytyków lekką ręką skreśliła ten film jako anachroniczny. Nie dość, że opowiada o męskich rozrywkach, to jeszcze pochyla się nad kwestiami patrimonium i la famiglia. Inni sarkali na sceny kraks. A jednak za sprawą precyzyjnie budowanego napięcia „Ferrari” ma w sobie coś z filmów heist, lubianego przez Manna gatunku o perfekcyjnie przygotowywanym skoku. Tutaj mamy dylematy typu: jak podrasować silnik, by pojechać szybciej, i kto pojedzie pierwszy w peletonie. Potem jest nauka na pamięć trasy przez kierowców, szykowanie planu B i C na wypadek awarii. To wszystko gra na korzyść finału, który poprzedza poruszająca scena pisania listów pożegnalnych przez kierowców. Nie oglądamy tylko wyścigu, ale zmagania z własnymi ograniczeniami, strachem i ego.

Sceny rajdowe trzymają wysoki, realistyczny poziom. Dostajemy ujęcia z każdego możliwego miejsca. Z poziomu jezdni i nisko zawieszonego bolidu, ale są też równoległe jazdy kamery i kadrowanie sponad pleców i głowy kierowcy, rodem z transmisji telewizyjnej czy gry wideo.

Przy tym wszystkim od początku rozumiemy, że podczas rajdu dojdzie do tragedii. Zagadką pozostaje: kto i jak.

Ale nie warto sobie psuć rozrywki, czytając zbyt wiele o Mille Miglia ’57. Tylko jednego spojlera nie da się uniknąć, bo przecież wiadomo, że marka Ferrari trwa do dziś i wciąż zachwyca osiągnięciami, technologią, designem. Michael Mann pyta o cenę tego wszystkiego.

Film
Te filmy ubiegają się o 100 000 zł w Konkursie Polskich Filmów Fabularnych Mastercard OFF CAMERA 2024
Materiał Promocyjny
Tajniki oszczędnościowych obligacji skarbowych. Możliwości na różne potrzeby
Film
Rekomendacje filmowe na weekend. W poszukiwaniu wartości: Ameryka, Europa, Azja
Film
Premiera nowego filmu Małgorzaty Szumowskiej i Michała Englerta 1 czerwca w Krakowie
Film
Filmy mistrzów w Cannes. Za dwoma tytułami stoją nasi rodzimi twórcy
Materiał Promocyjny
Naukowa Fundacja Polpharmy ogłasza start XXIII edycji Konkursu o Grant Fundacji
Film
W filmie „Civil War” Ameryka pogrąża się w chaosie