— Film powinien budzić w nas emocje, a potem zmusić do refleksji — powiedział przewodniczący tegorocznego jury Vincent Lindon podczas gali wręczania nagród i zamknięcia festiwalu. Przyznał, że w tym roku dyrektor Thierry Fremaux razem ze swoim zespołem przygotował znakomity konkurs.

— Jakość filmów była fantastyczna — mówił. — To były dzieła ważne, stworzone przez artystów różnych kultur. Kino stawało się ważnym świadkiem dzisiejszego życia, pozwalało zagłębić się w rzeczywistości.

Trzeba przyznać, że jurorzy wyłowili najciekawsze spośród ponad dwudziestu konkursowych tytułów. Złota Palma powędrowała do Rubena Ostlunda za „Triangle of Sadness”. To historia rejsu, w którym biorą udział bardzo bogaci ludzie, od rosyjskich oligarchów zaczynając na współczesnych sławach modelingu kończąc. Po burzy i wypadku wszyscy lądują na wyspie, gdzie całkowicie zmienia się społeczna hierarchia. To druga Złota Palma w karierze szwedzkiego reżysera. Pierwszą dostał pięć lat temu za film „The Square”.

Grand Prix odebrali ex-aequo realizatorzy dwóch filmów. Pierwszy z nich to „Blisko” Lucasa Dhonta - poruszający, kameralny obraz o wchodzeniu w życie, o inności, o odpowiedzialności za swoje zachowania.

— W ciągu ostatnich lat musieliśmy żyć na odległość — mówił Dhont. — Teraz chciałem opowiedzieć o czułości. Wrażliwość może stać się supermocą. Dedykuję ten film tym, którzy wybierają odwagę, a nie strach.

Drugi nagrodzony tytuł to „Star at Noon” Claire Denise, która nakręciła film o dwojgu Europejczykach zaplątanych w wydarzenia w Nikaragui w 1984 roku.

Również ex-aequo została wręczona Nagroda Jury. Tutaj jury pochyliło głowy przed „I.O.”, gdzie Jerzy Skolimowski obserwuje świat oczami pospolitego osiołka. Nota bene reżyser rozbawił publiczność w Grand Theatre Lumiere dziękując kolejno wszystkim sześciu osłom, które zagrały tytułowego bohatera. Razem ze Skolimowskim na scenie pojawili się twórcy „Ósmej góry” Charlotte Vandermeersch i Felix van Groeningen.

Tegoroczne jury stworzyło również własną nagrodę, którą przyznało z okazji jubileuszu 75-lecia festiwalu. Dostali ją bracia Jean-Pierre i Luc Dardenne’owie. Wspaniali, życzliwi światu Belgowie, zawsze upominają się o najsłabszych. Tym razem, w „Torim i Lokicie” bronią czarnoskórych uchodźców z zachodniej Afryki. Nie ma tu żadnego efekciarstwa ani mrugania do publiczności. Jest dramat 17-letniej dziewczyny i 11-letniego chłopca. Ich rozpaczliwe próby urządzenia się w nowym, nieprzyjaznym świecie.

— Dziękuję członkom jury, aktorom, którzy wspaniale grają, mojemu bratu i wszystkim, którzy towarzyszyli nam na tej drodze. Kiedy w styczniu 2021 roku przygotowywaliśmy film, pewien piekarz strajkował przez 12 tygodni, żeby nie wyrzucać z Francji jego pracownika, emigranta. Dziękujemy panu — zakończył Jean-Luc w swoim stylu.

Nagrodę za reżyserię odebrał Park Chan-Wook za „Decision to Leave”.

— Granice pomiędzy krajami pojawiły się w czasach Covidu, mieliśmy problem z komunikacją, baliśmy się siebie nawzajem, sale kinowe były puste. Ale może powoli widzowie powrócą do kin. Pokonaliśmy wirus, jestem pewny, że dzięki kinu przezwyciężymy także strach i życie powróci do normy — mówił na scenie Koreańczyk.

Nagroda dla najlepszej aktorki przypadła Zar Amir Ebrahimii z „Holy Spider” Ali Abbasiego, za najlpeszego aktora festiwalu jury uznało Songa Kanga-ho z filmu Japończyka Hirokazu Koreedy.

To była wyjątkowa edycja canneńskiego festiwalu. Po dwóch latach epidemii Croisette znów odżyło. Chciało cieszyć się kinem, pompą, pełnymi salami kinowymi, spotkaniami w salach konferencyjnych, w targowych stoiskach, na rautach czy zwyczajnie przy kawiarnianych stolikach. Przez ulice nieustannie przelewały się tłumy. Ale też odżyło kino, nie tylko to społeczne, mocna jak Tarika Saleha. W wielu filmach twórcy bardzo blisko podchodzili do swoich bohaterów, zaglądali im w oczy, przypominali czym jest wrażliwość. Jakby chcieli nadrobić czas izolacji.