Jest jedną z dwóch kobiet, które zdobyły canneńską Złotą Palmę, i jedną z siedmiu, które dostały nominację do Oscara za reżyserię. Statuetkę odebrała za scenariusz „Fortepianu". „Psie pazury", pierwszy od 12 lat kinowy film Campion, przypomniały o urodzonej w Nowej Zelandii, a mieszkającej w Sydney artystce, przyniosły jej już weneckie Srebrne Lwy, a także nagrody w San Sebastian i Toronto. Nagrodę dla reżysera roku przyznał jej ostatnio festiwal w Palm Springs, festiwal w Sztokholmie uhonorował ją za całokształt twórczości. 29 listopada Campion odebrała Gotham Award w Nowym Jorku. Kilka nominacji do Oscara „Psie pazury" mają jak w banku.

Być mężczyzną

Film, który można oglądać w Netfliksie, powstał na motywach pochodzącej z 1967 r. powieści Thomasa Savage'a o dwóch braciach prowadzących razem ranczo w Montanie. Phil jest przystojny, to on ciągnie interes, w kurzu, który unosi się spod kopyt bydła, dyryguje kowbojami. Jest wykształcony, gra na gitarze. Tylko sfrustrowany i niedostępny. Z kolei George jest korpulentnym, niezbyt rozgarniętym fajtłapą w garniturze.

Czytaj więcej

Japoński film „Drive My Car” faworytem nowojorskich krytyków

Mieszkają w dużym domu, ale ich życie zmieni się w jeden wieczór, przez przypadek. Gdy po spędzie bydła farmerzy bawią się w saloonie, Phil drwi z syna barmanki Rose, Petera. Chłopak nie pasuje do surowej Montany. Delikatny, zamknięty w sobie chudzielec woli wycinać z papieru sztuczne kwiaty, niż podrywać dziewczyny. Marzy, że zostanie chirurgiem. Widząc ból syna, barmanka płacze. George ją pociesza. Tak zacznie się ich romans, zwieńczony ślubem. Niestety, Phil nie akceptuje żony brata, upokarza ją i jej syna. Do czasu, kiedy weźmie chłopca pod opiekę i zacznie uczyć życia w brutalnym świecie kowbojskiej Montany.

Portretując bohaterów, Campion pokazuje społeczność akceptującą jeden wzór męskości, uprzedzoną do różnorodności, inności. Nie jest to jednak „Brokeback Mountain". Dlatego Phil traktuje niemal jak relikwię siodło kowboja, który kiedyś uczył braci wypasania bydła, ale swoją wrażliwość przykrywa butą. Nie przyzna się do homoseksualizmu. Dorastający syn barmanki też nie rozumie siebie samego. Frustracja i agresja wybuchają z ogromną siłą.

Campion misternie rysuje na ekranie portrety ludzi, którzy nie dają sobie rady ze sobą, światem i opresyjną kulturą. Przypomina, że relacje między ludźmi nawet w pozornie prostej rzeczywistości nie są proste. Stawia pytania: dlaczego Rose pije, coraz bardziej tracąc kontakt z otoczeniem?, dlaczego Phil swoją wrażliwość zaczyna chować za obcesowym chamstwem? Nie bez powodu trzeba zapamiętać słowa chłopca z początku filmu. O tym, że nie byłby mężczyzną, gdyby nie bronił matki.

„Psie pazury" to niejednoznaczny antywestern, w którym reżyserka – kolejny raz, choćby po Kelly Reichardt z jej „Meek's Cutoff" – udowadnia, ile do „męskiego" gatunku, jakim jest western, może wnieść kobieta. Ale mamy też dramat psychologiczny z elementami thrillera, w którym pojawiają się rekwizyty z innych dzieł Campion, choćby z „Fortepianu".

To nie komiks

W kurzu Montany, wśród łąk wypalonych słońcem, dramat czwórki bohaterów toczy się powoli. Genialny duet antagonistów tworzą Benedict Cumberbatch jako Phil i Kirsten Dunst jako Rose. Pełną półcieni i niedopowiedzeń postać Petera tworzy 25-letni Kodi Smit-McPhee.

Wszystko to składa się na udany powrót Jane Campion do kinowego świata. Powrót w jej stylu. „Nigdy nie zrobię blockbustera z horrendalnym budżetem, Marvelowskiej opowieści o superbohaterach. Mnie to po prostu nie interesuje" – podkreśla w wywiadach.

Deklaruje, że wielkie pieniądze nie są jej celem, podobnie jak olbrzymia widownia dla jej filmów. Chce rozmawiać z widzami poważnie, w kinie artystycznym. I konsekwentnie idzie tą drogą. Zarówno na wielkim ekranie, jak i w telewizji, dla której zrealizowała ambitny serial „Tajemnice Laketop".