– Miałam siedem lat, gdy mój ojciec, fałszywie oskarżony, został skazany na śmierć. Pamiętam z tamtego czasu każdą najdrobniejszą chwilę – mówi mi irańska aktorka i reżyserka Maryam Moghaddam.

Po latach wróciła do tragicznych wspomnień. Razem z mężem Behtashem Sanaeehą zrobili „Balladę o białej krowie". To wstrząsający film. Jego bohaterka Mina jest młodą kobietą, której mąż został skazany na śmierć. Po wykonaniu wyroku okazało się, że był niewinny. Moghaddam sama zagrała główną rolę.

Fałszywe dowody

– Wcielając się w tę kobietę, inspirowałam się postacią mojej matki – mówi. – Podobny los spotkał tysiące rodzin. Przygotowując się do realizacji, czytaliśmy o egzekucjach i błędach, jakie się sądom zdarzają. Rozmawialiśmy z prawnikami, bliskimi ofiar.

To była bolesna dokumentacja.

– Spotkaliśmy się z wieloma rodzinami, które zniszczyły mylne orzeczenia. Ci ludzie są często wrakami. Nie mogli się po dramacie podnieść – mówi Maryam.

Czytaj więcej

„Zło nie istnieje": Cena posłuszeństwa i buntu

W filmie władze za „pomyłkową" śmierć męża oferują rekompensatę finansową. Jak mówi urzędnik: „pełną stawkę za dorosłego mężczyznę".

– Ta procedura obowiązuje we wszystkich islamskich krajach. Wynika z Koranu. Oko za oko. W Iranie „cena krwi" wynosi równowartość 40 tysięcy euro. Gdy ofiara traci tylko część ciała – wypłacane są mniejsze kwoty. Tego prawa nie wolno zakwestionować, zmienić ani krytykować – tłumaczy mi Behtash Sanaeeha.

Autopromocja
FORUM ESG

Co warto wiedzieć o ESG? Jej znaczenie dla firm i gospodarki.

CZYTAJ WIĘCEJ

Filmowa Mina nie chce pieniędzy. Walczy o publiczne oczyszczenie jej męża z zarzutu morderstwa. To jest ważne dla niej i jej córki, głuchoniemej, wrażliwej dziewczynki, która będzie rosła w cieniu rodzinnego dramatu. Raz jeszcze okazuje się, że irańskie kobiety, choć spychane na margines, mają ogromną siłę. Mina jest twarda, ma poczucie godności, o którą chce walczyć.

Jednak „Ballada..." nie jest wyłącznie filmem politycznym. To również przejmująca, tragiczna love story. Moghaddam i Sanaeeha, rozmawiając z prawnikami, zrozumieli, że i oni nierzadko noszą w sobie ból i poczucie winy. W filmie sędzia Reza, który skazał mężczyznę na śmierć, oparł się na fałszywym materiale dowodowym ze śledztwa. I dręczą go wyrzuty sumienia. Gdy Mina przestaje sobie dawać radę finansowo, sędzia kontaktuje się z nią. Przedstawia się jako znajomy jej męża, który chce oddać pożyczone mu kiedyś przez niego pieniądze. Zaczyna Minie pomagać, ma świetny kontakt z jej córką. Rodzi się między nimi przyjaźń. A może coś więcej? Stają się sobie bliscy. Ale przecież nie da się na zawsze ukryć, kim Reza jest.

– Chcieliśmy pokazać, co dzieje się z ludźmi po takim dramacie. Jak straszny, niesprawiedliwy wyrok niszczy życie wszystkich. Ale od razu wiedzieliśmy, że musimy to zrobić poprzez historię zwyczajnych ludzi. Opowiedzieć o miłości, nad którą wisi cień polityki. Bo w autorytarnych systemach polityka wdziera się do życia każdego człowieka i nie da się od niej uciec – mówi Moghaddam.

Bez kompromisów

Scenariusz „Ballady o białej krowie" powstał dziesięć lat temu, ale Moghaddam i Sanaeeha nie dostali zgody na zdjęcia, nie byli też w stanie zdobyć funduszy.

– Potencjalni inwestorzy obawiali się, że film nie wejdzie na ekrany i nie odzyskają swoich pieniędzy. Uważali, że ryzyko jest zbyt duże. Ale my nigdy nie zarzuciliśmy tego projektu. Pracowaliśmy nad tekstem i wreszcie, trzy lata temu, udało nam się znaleźć inwestorów – dwóch przyjaciół z Iranu i drobnego koproducenta spoza kraju. Dysponowaliśmy niewielkim budżetem, ale pozwolił nam uruchomić produkcję.

Dziś pytam irańskich artystów, czy „Ballada..." ma szansę trafić na ekrany w ich kraju. – Nie dostaliśmy dotąd pozwolenia na pokazywanie filmu oficjalnie – odpowiada Sanaeeha. – Ale „trefne" tytuły trafiają na platformy streamingowe, na DVD. Jeśli więc ktoś chce je obejrzeć – to obejrzy.

– Wielu Irańczyków szuka filmów takich twórców jak Mohammad Rasoulof i Dżafar Panahi, którzy mają zakaz pracy i opuszczania Iranu. Pomagają nam zagraniczne festiwale, dzięki nim nasze obrazy mogą zaistnieć na świecie.

Za takie filmy płaci się wysoką cenę. Maryam za rolę w „Zasłonie" Panahiego odebrano paszport na cztery lata. Wielu irańskich artystów emigruje. Shirin Neshat mieszka w Nowym Jorku, Mohsen Makhmalbaf, Bahman Ghobadi – w Paryżu. Tylko Farhadiemu udaje się poruszać między Iranem i Zachodem.

– My szanujemy wszystkie decyzje artystów – mówi Maryam Moghaddam. – Chcesz robić filmy mniej drażliwe i pokazywać je w kinach? Rozumiemy. Ale sami nie chodzimy na kompromisy. Opowiadamy o ludziach, którzy muszą stawić czoła naszej rzeczywistości. Walczymy o scenariusze, o pozwolenia na zdjęcia, czasem stosujemy różne wybiegi, żebyśmy mogli wyjść na plan. Nie powiem, że to łatwa droga. Ale musimy kręcić filmy: nie umiemy żyć inaczej.