Jerzy Skolimowski kończy dziś 75 lat. Rozmowa z archiwum tygodnika "Uważam Rze", z września 2012 roku

Czy był pan zaskoczony propozycją zagrania Jana III Sobieskiego?

Nie było czasu, by poczuć zaskoczenie. Wszystko wydarzyło się błyskawicznie. W ubiegłym roku byłem przewodniczącym jury Konkursu Głównego Międzynarodowego Festiwalu Kina Niezależnego Off Plus Camera w Krakowie. Kiedy na scenie wręczałem główną nagrodę, z widowni przyglądał mi się włoski producent powstającej już wówczas „Bitwy pod Wiedniem", który szepnął do siedzącej obok dziennikarki: „Gdyby Skolimowski był także aktorem, to byłby wymarzonym odtwórcą roli Sobieskiego". Zdziwiona zapytała, czy nie widział moich ról u Davida Cronenberga, Volkera Schlöndorffa czy Tima Burtona... Zaraz po ceremonii podeszli do mnie. Potem wahałem się kilka dni, ale uznałem, że rola polskiego króla to dla mnie wielkie aktorskie wyzwanie.

Co było w niej najtrudniejsze?

Wiedziałem, że Sobieski był krewki, rubaszny, pewny siebie, ale też bardzo romantyczny w relacjach ze swoją żoną Marysieńką. Chciałem sprawdzić swoje umiejętności, kreując tę wielką postać. Potrzebne w jej interpretacji częste podnoszenie głosu, szeroki gest były dla mnie czymś innym niż moja dotychczasowa rutyna aktorska, polegająca na oszczędnym dysponowaniu środkami wyrazu.

Z czym na planie „Bitwy pod Wiedniem" miał pan największy problem?

Z koniem. W „Bitwie pod Wiedniem" miałem po raz pierwszy do czynienia z jazdą konną. Na szczęście moje wieloletnie uprawianie sportu szybko pozwoliło mi pewnie poczuć się w siodle. Kaskader był potrzebny tylko przy scenach, gdy król galopuje.

Co według pana stanowi największą wartość filmu?

Jest nią jego rozmach. Szczególnie w scenach batalistycznych rozsądne gospodarowanie budżetem zagwarantowało spektakl z ogromną ilością ludzi, koni i uzbrojenia. No i imponująca obsada oraz to, w co zostaliśmy wszyscy ubrani: kostiumy godne Oscara.

Autopromocja
Bezpłatny e-book

WALKA O KLIMAT. Nowa architektura energetyki

POBIERZ

O jakim ważnym zdarzeniu z historii Polski chciałby pan, by świat się dowiedział i je zapamiętał? Być może wartym nakręcenia filmu o nim...

Dobrze by było, by powstał film o polskim udziale w bitwie o Anglię. O daremnym bohaterstwie naszych pilotów, kiedy Stalin, Roosevelt i Churchill knuli już na temat powojennych losów Polski.

Mówiąc językiem postaci z „Bitwy pod Wiedniem" – jaką ma pan receptę, by tak pewnie i mocno „trzymać się w siodle"? Oczywiście artystycznym.

Nie poddaję się presji. Pozwalam sobie robić to, na co mam ochotę. Mam na szczęście dosyć duże pole działania. Maluję, jeśli mam apetyt na obcowanie z kolorem na płótnie. Gram, jeżeli rola wydaje mi się ciekawa. Piszę, gdy zaświta mi w głowie pomysł wart zanotowania. Reżyseruję, gdy uznam, że warto zaprząc się do kieratu tortur, jakim jest robienie filmu.

Od premiery wybitnego „Essential Killing", uhonorowanego trzema nagrodami na festiwalu w Wenecji, minęły dwa lata. Czy przygotowuje pan kolejny film?

Od pewnego czasu próbuję wyobrazić sobie, jak mógłby wyglądać mój film o pilotach z Dywizjonu 303.

Czy zdarza się panu tęsknić za Los Angeles, za Hollywood?

Nie. Do tego stopnia zamknąłem amerykański rozdział mojego życia, że wręcz unikam bywania w USA. Nawet w ostatniej chwili odwołałem udział w amerykańskiej premierze „Essential Killing".

Koprodukował pan ostatnio film swoich synów – Józefa i Michała – „Ixjanę". Czy jako artyści są w jakimkolwiek stopniu podobni do pana?

Największym podobieństwem są pasja i bezkompromisowość, z jaką traktujemy twórczość artystyczną. Różni nas tematyka. „Ixjana" to tajemnicza opowieść o miłości, zazdrości, zdradzonej przyjaźni, zbrodni i samobójstwie. Jedynie niektóre z tych motywów marginesowo pojawiały się w mojej twórczości i traktowałem je raczej z chłodnym dystansem. „Ixjana" zaś jest jak płonąca pochodnia emocji i uczuć.