Zadebiutował w 1969 roku, zaraz po studiach, ale przełomem w jego aktorskiej karierze okazała się dopiero zagrana 35 lat później rola Wiesława Wojnara w filmie „Wesele" w reżyserii Wojciecha Smarzowskiego. Odtąd wypadki w zawodowym życiorysie zaczęły toczyć się bardzo szybko. U tego samego reżysera zagrał potem z sukcesem w „Domu złym" i „Drogówce". Interesujące kreacje stworzył w „Winie truskawkowym" Dariusza Jabłońskiego, „Krecie" Rafaela Lewandowskiego i „Piątej porze roku" Jerzego Domaradzkiego. Wszyscy ci twórcy opowiadają w dokumencie zrealizowanym przez Martę Węgiel o współpracy z aktorem. Najciekawsze jednak wątki dotyczą wcześniejszych zdarzeń z życia Mariana Dziędziela.
Aktor opowiada o swoim rodzinnym, tradycyjnym śląskim domu w Łochowicach. Wspomina mamę, która zawsze wszystko trzymała „w garści" – dbała o dom i żegnała tatę wychodzącego do pracy słowami: „szczęść Boże". Przy jedzeniu nie wolno było rozmawiać, a do dziadka, przez szacunek, należało się zwracać w trzeciej osobie.
Do Krakowa Marian Dziędziel pojechał, żeby zostać aktorem. Ale miał wiele obaw i awaryjny wariant w postaci seminarium duchownego, na wypadek gdyby się nie dostał. Bo wracać na tarczy nie chciał. Zdał za pierwszym podejściem, choć na egzaminie profesorowie byli rozbawieni jego śląskim akcentem i skracaniem głosek. Studiował z Mikołajem Grabowskim, Jerzym Fedorowiczem i Jerzym Trelą.
Mikołaj Grabowski pamięta, że poznali się zaraz po egzaminie i wspólnie poszli na obiad. A potem razem mieszkali w akademiku. To były czasy, gdy uwielbiał Marcello Mastroianniego.
Bohater filmu przez całe zawodowe życie był wierny Teatrowi Słowackiego w Krakowie. Spędzał w nim mnóstwo czasu, intensywnie pracował. Satysfakcjonowały go role, które dostawał – choć nie były wielkie. Cierpliwie czekał, by mu ktoś zaufał i powierzył większe zadanie.
Rolę w „Stawce większej niż życie" wspomina jako wspaniałą przygodę. Czytał też życzenia w telewizyjnym koncercie życzeń.
- Nie wstydziłem się, bo dostarczało to ludziom wiele przyjemności – wspomina z uśmiechem.
Dziędziel opowiada też o współpracy z Kazimierzem Kutzem, o tym, że udział w jego filmach o Śląsku był dla niego nie lada wyróżnieniem, choć jak pamięta - bardziej „szwendał się po planie" niż miał coś do zagrania.
Jest też o epizodzie w Piwnicy pod Baranami i ważnych kobietach w jego życiu. I o przełomowym spotkaniu z Krzysztofem Krauze, który zaangażował go do swojego filmu „Gry uliczne". Na jego planie spotkał się z Wojciechem Smarzowskim...
Precyzyjnie utkana, wciągająca opowieść.